Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lipca 2012

Książki, wspomnienia i herbaciane róże




"Życie moje upływało pod znakiem książki", takim oto zdaniem, szczególnym dla każdego mola książkowego, dla którego książka jest częścią świata, który sobie stworzył, Zuzanna Rabska rozpoczyna swoją autobiograficzną opowieść zatytułowaną: "Moje życie z książką". 
Czytając opowieść Rabskiej miałam uczucie, jakby czas się zatrzymał, jakbyśmy pozostały we dwie - ona, ja oraz książki i przeszłość, a wszystko to mieszało się z wonią herbacianych róż, która przesycała powietrze.

"Moje życie z książką" Rabska zaczęła pisać na rok przed śmiercią, kiedy tak wiele bliskich jej osób odeszło w krainę przeszłości i niestety zapomnienia. Ona jakby tym ostatnim wysiłkiem woli pragnie przywrócić im życie i należną pamięć, szczególnie ojcu - Aleksandrowi Krausharowi, wybitnemu patriocie, uczestniku powstania styczniowego, varsavianiście , prawnikowi, poecie i prawdziwemu historykowi. Z każdej linijki tekstu wyczuwa się wielką miłość autorki to ojca, który był dla niej wzorem w wielu dziedzinach do końca życia.
Ale przez karty książki przesuwają się również dziesiątki innych, wielkich i wspaniałych osób znanych nam, potomnym już tylko z encyklopedii jako suche nazwiska. Jest tutaj i mój ulubiony Bolesław Prus ( opisywanie spotkania autorki z wielkim pisarzem przeczytałam z wypiekami na twarzy!), Eliza Orzeszkowa (przyjaciółka matki autorki, Jadwigi Krausharowej), Stefan Żeromski, Deotyma, Kazimierz Przerwa- Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Adam Asnyk i wielu, wielu innych wybitnych osobistości przełomu XIX i XX wieku.

Z autorką przemierzamy ulicę przedwojennej Warszawy, miasta magicznego, zatrzymując się przed wybranymi kamienicami, słuchając opowieści o wybitnych osobistościach żyjących w tym miejscu,  odwiedzamy Bibliotekę Ordynacji Zamoyskich, który nazywany był "pałacem ksiąg": "Zszedłszy (...) do magazynu Biblioteki Korzon (ówczesny dyrektor tej placówki-przypis mój) wskazywał wysokie półki uginające się pod ciężarem woluminów. Biblioteka posiadała wówczas 70 tysięcy dzieł z rozmaitych okresów..." i Bibliotekę Ordynacji Karasińskich: "U Krasińskich, podobnie jak u Zamoyskich, znajdowało się nieprzebrane bogactwo pierwszorzędnych materiałów dziejowych (...). Oprócz ksiąg, których biblioteka liczyła przeszło dwieście kilkadziesiąt tysięcy tomów, znajdowała się tam znaczna ilość rękopisów, bogaty zbiór broszur politycznych i odezw z czasów powstania kościuszkowskiego tudzież olbrzymie archiwa rodziny Potockich, Lubomirskich, Krasińskich i Morstinów."
Kiedy pomyśli się o tym, że szanowne książnice, tak drogocenne dla kultury polskiej zostały spalone w czasie tragicznego Powstania Warszawskiego serce się kroi z bezradności i bólu. Prawie nic nie ocalało...

Źródło zdjęcia

 Wspomnienia Rabskiej czyta się z prawdziwą przyjemnością, są pełne czaru minionych czasów, spotkań literackich, wspaniałych postaci i co najważniejsze - książek, książek, książek. Każda strona utwierdza nas w przekonaniu, że autorka była nieprzeciętną miłośniczką słowa pisanego, pełną smaku i stylu. Ze szczegółami i niezwykle ciekawie przytacza nam nieznane fragmenty z życia elit kulturalnych ówczesnej Polski. Szanowni panowie, autorzy dzieł, które weszły już do kanonu klasyki patrzą na nas często z przymrużeniem oka i fascynują. Adam Asnyk nie czyta swoich wierszy ale zachwyca się dziełami Słowackiego, Bolesław Prus prowadzi ją po nałęczowskich leśnych szlakach mówiąc o potędze natury w życiu każdego pisarza, a po policzkach Stanisława Wyspiańskiego płyną prawdziwe łzy, kiedy ogląda swoje ukochane "Wesele".

Ale niestety, "Moje życie z książką" zostało zepchnięte z bibliotecznych półek, piękny skarb nie został jednak ukryty, ale odrzucony, niechciany. Ja znalazłam go w archiwum mojej biblioteki od lat nie pożyczany, częściowo zakurzony, zapomniany. Nie dajmy mu przepaść w niepamięci, jest na to za wartościowy i za piękny.
Ja teraz poluję na swój własny egzemplarz drogocennej książki oraz na część drugą opowieści z przeszłości, by znów przenieść się w czasie, gdzie książka była częścią życia ludzi tworząc czystą magię.

Źródło zdjęcia

Cytaty pochodzą z książki Z.Rabskiej "Moje życie z książką: wspomnienia tom I", Zakład Narodowy im. Ossolińskich - Wydawnictwo, Wrocław 1959.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

W krainie kangurów



Niezwykle cenię sobie ludzkie pasje, które nieuchwytnie wpływają na każdą osobowość człowieka, wzbogacając często nieznanymi uczuciami czy doznaniami. Lubię też bardzo książki podróżnicze, relacje z wypraw pisane przed laty ( Arkady Fiedler) i te współczesne (Wojciech Cejrowski), marząc o własnych dalekich i bliskich przyszłych podróżach.

Kiedy pewnego dnia natchnęłam się na bardzo zachęcającą recenzję "Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia" Marka Tomalika postanowiłam, że koniecznie muszę zdobyć tę książkę  i przeczytać. Z pomocą przyszła mi przemiła akcja nazwana "Włóczykijką" ze względu na swój iście podróżny charakter, mająca na celu promocję współczesnej literatury polskiej. Przesyłkę otrzymałam całkowicie niespodziewanie w symbolicznym dniu - Światowym Dniu Książki i z wielką radością postanowiłam ugościć ją w moich skromnych progach.

Gdy uporałam się z tegorocznym, silnie absorbującym elementem szkolnym zasiadłam z najlepszymi chęciami do delektowania się relacją z wyjazdu na antypody wraz z podróżnikiem i znawcą Australii Markiem Tomalikiem, do której - jak wyczytałam - jeździ od 1989 roku.
Od razu wpadły mi w oko piękne i odpowiednio dobrane do treści zdjęcia. To, które można podziwiać na okładce jest tego dowodem, chociaż wewnątrz znajduje się jeszcze kilka perełek, między innymi zdjęcie bajkowej plaży, gdzie woda ma barwę czystej akwamaryny połączonej z lazurowym niebem. Coś cudownego! Albo zachody słońca, istny tygiel barw od czerwieni do szarości przeniknięte skrawkami błękitnego nieba. Można, oj można się zapatrzeć...

 "W dalekiej Australii zatracałem, i tak się dzieje do dziś, poczucie rzeczywistości. Dałem się jej uwieść na długie lata, może na zawsze" - tak pisze autor na pierwszej stronie swojej kolejnej książki opowiadającej o dalekiej i dla przeciętnego Europejczyka niezwykle egzotycznej australijskiej ziemi. Może właśnie te słowa są odpowiedzią na pytanie o przyczynę wszystkich, nierzadko niebezpiecznych wypraw w głąb Australii, gdzie jedną miejscowość od drugiej dzielą setki kilometrów, a wokół rozciągają się pustynie, między innymi Wielka Pustynia Piaszczysta, czy Wielka Pustynia Wiktorii, które świadczą o charakterze wnętrza najmniejszego kontynentu świata. Podróżnik, który na jednej szali składa wszystkie trudy i niewygody podróży otrzymuje w zamian niezniszczoną cywilizacją pierwotną naturę, gdzie człowiek jest elementem zbędnym i która daje szansę na odnalezienie się w gąszczu współczesnego świata.
I ja chciałam poczuć tą magię i przygodę, która jest nieodłącznie związana z każdą wyprawą i która przenikała z książek, z którymi mogłam się wcześniej zapoznać. Tutaj jednak, co z przykrością stwierdzam, nie poczułam niczego takiego. Brak relacji ducha, jakiejś metafizycznej cząstki, która sprawia, że niebezpieczne momenty wyprawy w sercu czytelnika również budzą strach, a osiągnięcie celu wędrówki - wybuchy radości i wewnętrzne gratulacje dla szalenie odważnych podróżników. Jedynie rozdział o Aborygenach, pierwotnych mieszkańcach Australii mnie zaciekawił. Nie miałam pojęcia, że wierzenia i kultura Aborygenów jest tak skomplikowana, bogata i w większości niezrozumiała dla współczesnego białego człowieka. Natychmiast skojarzyła mi się "Rio Anaconda" Wojciecha Cejrowskiego i jego długie rozmowy z tajemniczym Czarownikiem.

Autor dostarczył nam również informacji o osobie, której - jeżeli mowa o australijskiej ziemi - nie możemy pominąć. Mam na myśli wielkiego polskiego podróżnika Pawła Edmunda Strzeleckiego, odkrywcę między innymi najwyższego australijskiego szczytu, czyli Góry Kościuszki. O Strzeleckim mogłam dowiedzieć się już nie jednego w czasie lektury cyklu książek o Tomku Wilmowskim, które darzę wielką sympatią i sentymentem. Drogi pierwszej "Tomkowej" powieści Szklarskiego prowadzą właśnie na kontynent australijski, gdzie młody jeszcze nasz bohater przeżywa niezwykłe przygody.
Tomalik uzupełnił moją wiedzę informacjami o tym, że pamięć o polskim podróżniku na drugim końcu świata nie zginęła, lecz trwa chociażby w nazwach geograficznych. Możemy spotkać między innymi: Strzelecki Track, Strzelecki Desert, Strzelecki Hill, Strzelecki Oil Well, co wywołuje mój serdeczny uśmiech, w którym kryje się kropla współczucia dla obcokrajowców, którzy chcieliby wymówić nazwisko naszego podróżnika całkowicie poprawnie.

"Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia" według mnie, sprawdziłaby się doskonale jako album zdjęć, gdzie ciekawe informacje ( których przecież nie brakuje) byłyby idealnym dopełnieniem intrygujących zdjęć. A tak muszę wystawić książce ocenę zaledwie dostateczną mając nadzieję, że czekająca w kolejce, zupełnie odmienna książka podróżnicza porwie mnie jak rwący prąd rzeki w czasie pory deszczowej.

Cytat pochodzi z książki Marka Tomalika "Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia", wyd. Otwarte, Kraków 2011 r.

sobota, 26 maja 2012

"Niech pan tylko łuska fasolę"





"Bo wiesz... jest taka jedna książka, moja ulubiona, >>Traktat o łuskaniu fasoli<< Wiesława Myśliwskiego. Chciałabym porozmawiać o niej z kimś, ale boję się, że nie zostanę zrozumiana, albo, że inni nie zrozumieją. Chcesz przeczytać?" *

Dlaczego nie?- pomyślałam. Tyle książek przepływa przez moje ręce, wpatruję się setki stron to jedna książka więcej, czy mniej nie znaczy dla mnie wiele. Ale to zależy jaka książka, bo są książki i książki. Niektóre się czyta i odkłada, ale są także inne, dużo rzadsze, którymi się żyje, z których się czerpie, i które odpowiadają na pytania, bo inaczej - kto nam odpowie?

"Teraz to nie umiałbym panu nawet powiedzieć, jaki ten świat jest. I czy w ogóle jest. Czy może tylko wyobrażamy sobie, że jest. Dla pana to pewnie nie ma znaczenia, bo skoro pan przyszedł do mnie po fasolę..."

Zwykła fasola, ot takie niepozorne warzywo, a od niej rozpoczęło się wszystko, cała opowieść o życiu, przesiąknięta jakimś niesamowitym metafizycznym pierwiastkiem przeszłości, która nie przemija.

"Według mnie każdy świat jest przeszły, każdy człowiek przeszły, bo czas jest tylko przeszły. Teraz, tu to tylko słowa, jedno, drugie bezcielesne, jak te wszystkie, o których mówiliśmy."

Zanurzyłam się w tą opowieść, z tym wszystkim co mnie ostatnio dotyka, co szepcze, niepokoi, pyta i wiem, że to także moja historia. Nie dosłownie, bo dosłownie być nie może, wszystkie przeżycia wojenne i powojenne są obce moim doświadczeniom, tak jak niektóre doznania odpowiednie do danego wieku i czasu. Ale jest jeszcze jakaś cząstka bliska każdej istocie ludzkiej, która przyciąga i pozwala traktować tę historię jako swoją własną. Cząstka cierpienia? Cząstka przemijania? Cząstka narodzin?  Kto wie...

"Jedyne miejsce człowieka jest tylko w nim. Niezależnie, czy jesteśmy tu, gdzie indziej czy gdziekolwiek. Teraz czy kiedykolwiek. Wszystko, co na zewnątrz, to jedynie złudzenia, okoliczności, przypadki, pomyłki. Człowiek jest sam dla siebie zwłaszcza tym ostatnim miejscem."

"To prawda, że znaleźć siebie to nieprosta sprawa. Kto wie, czy nie najtrudniejsza ze wszystkich spraw, jakie człowiek ma do załatwienia na tym świecie".

Tak bezpiecznie poczułam się otoczona tym karmazynowym ciepłem, które rodzi ta opowieść snuta przez narratora do nieznanego nam przybysza. Czytałam otoczona rodzącym się wszędzie życiem, tym widocznym gołym okiem najprawdziwszym cudem; promieniami słońca, muskaniem wiatru szepczącego o tajemnicach i marzeniach, odgłosem deszczu. I wtedy "Traktat o łuskaniu fasoli" stał się nie tylko książką, w której zapisane zostały wyrazy układające się w zdania, a potem całe akapity. Stał się żywy w rytmie przyrody niosącej nadzieję.

"Nie ma pan pojęcia, jaka to potęga cisza. Tak wsłuchać się (...), w to niebo, w ten zalew, w poranki, zachody, w noc, gdy księżyc w pełni, pójść w las, w te wszystkie drzewa, krzaki, zioła, w mchu się położyć. Czy gdyby pan tak mrówek posłuchał (...), to jakby pan w międzygwiezdnej przestrzeni się znalazł i wszechświata pan słuchał."

Ostatnio przekonałam się w tak namacalny sposób, że każda książka ma odpowiedni czas na przeczytanie. Wtedy potrafi wyszeptać najwięcej, pomóc najlepiej, odpowiedzieć na wiele pytań,  nauczyć. "Traktat o łuskaniu fasoli" mnie udało się przeczytać właśnie w tym przeznaczonym dla niego czasie, kiedy powiedział mi wiele o mnie samej i zanurzył w innym świecie, tak bliskim i dalekim zarazem, kiedy można poczuć się zarazem tutaj i tam.
Wiem, że to powieść nie dla każdego. Nie na każdą wrażliwość, nie na każde wymagania. Żeby ją przeczytać trzeba oprócz pragnienia zasmakowania, znaleźć w sobie odrobinę spokoju, która przy odrobinie wysiłku prowadzi do harmonii, chociażby na chwilę...

"Książki (...), to jedyny ratunek, żeby człowiek nie zapomniał, że jest człowiekiem".


*Fragment mojej rozmowy z koleżanką, molem książkowym również. 
Wszystkie cytaty pochodzą z książki Wiesława Myśliwskiego "Traktat o łuskaniu fasoli", Wydawnictwo Znak, Kraków 2007 r.
 

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

"Pojutrze" jest już dziś....





"Człowiek, który ponad miłość życia stawia miłość idei - przeżywa śmierć (...). Miarą tego zwycięstwa jest fakt, że ci, którzy przezwyciężyli śmierć w sobie - żyją choćby umarli. Przywraca ich do życia pamięć tych, którym byli bliscy, ale, co stokroć ważniejsze - utrwala ich życie na zawsze chłonna pamięć narodu."

"Pismo Młodych" z 1 września 1943r.


Czy można czuć się w obowiązku napisać o książce pięknej, chociaż niestety tak mało znanej? Nie została ona wydana przed laty, nie ma przykurzonej okładki ani wyblakłych stronnic. Jest całkowicie nowa, pełna czarno-białych ilustracji i leży właśnie obok mnie. Przeczytana, wchłonięta, zapamiętana  - książka Barbary Wachowicz "To >>Zośki<< wiara!"

Tak bardzo chciałabym napisać o niej coś mądrego, bez patosu i powtarzania się. Napisać prosto o wspaniałych życiorysach tak bliskich mi osób, które widnieją dumnie na okładce - uśmiechnięci, albo poważni, pełni nieuchwytnego czaru i godności, żołnierze Batalionu Armii Krajowej "Zośka", moi drodzy rówieśnicy.

Barbara Wachowicz napisała o nich właśnie tak - prosto, ale z wielką serdecznością, a wręcz niekiedy czułością. Jawią się nam jako osoby, które nie odeszły do lamusa , które w dzisiejszym szybko zmieniającym się świecie pełnym pośpiechu zostały "z tyłu", lecz jako młodzi ludzie pełni radości, męstwa, odwagi, ciepła i serdeczności. Każdy inny, każdy odmienny, ale jednocześnie pełni wspólnych, pięknych cech, które są ponadczasowe. Tak chciałabym spotkać ich, stanąć blisko i porozmawiać albo przysłuchać się ich rozmowie - o literaturze, o życiu, o walce, o ideałach. Paradoksalnie właśnie - w tamtych czasach wojny w ideały wierzono bardziej, niż teraz, na co biografie naszych bohaterów dają dowód.

"To >>Zośki << wiara" dzieli się na dwie części. W pierwszej z nich, autorka przedstawia nam najbardziej znane postacie związane ze środowiskiem Batalionu. Na początku możemy zapoznać się z historią  Andrzeja "Morro" Romockiego, jednego z największych bohaterów Powstania Warszawskiego, niezwykle utalentowanego dowódcy, chociaż człowieka niekoniecznie zawsze idealnie radzącego sobie, jako przywódca grupy.  Andrzej nigdy nie stał na cokole pokryty brązem. Był żywy, jest żywy i mówi do nas o walczeniu z własnymi wadami, brakami, czy ograniczeniami. Szczególnie w serce zapadły mi listy jego ojca - Pawła Romockiego  mówiące o dojrzewaniu, ideałach, kształtowaniu siebie.
Później pojawia się Sławomir Maciej Bittner, czyli nasz "Maciek" jeden z moich ulubionych postaci - zawsze wyprostowany, śmiały, szaleńczo odważny. Jego listy do ukochanej Jadzi Borkiewiczówny są przepiękne, o czym już zresztą kiedyś pisałam. Dlatego tak porusza jego śmierć, a w zasadzie nie śmierć, gdyż do dzisiaj nie wiadomo co się z nim stało. Został aresztowany dnia 18 lutego 1944 na ulicy i wszelki ślad po nim zaginął. Biedny, kochany Maciek.
Przewijają nam się jeszcze biografie Andrzeja Malinowskiego, ps. "Włodek" i historia jego miłości do Uli Kurkowskiej, pięknej Uli, braci Wuttke - "Małego Tadzia" i "Czarnego Jasia" i Ireny Kowalskiej- Wuttke.

Ula, narzeczona Włodka w roku 1940
Nie mogę napisać, że są to historie radosne, pełne tak modnego współcześnie "happy endu". Tutaj nie ma szczęśliwego zakończenia, jest ból i cierpienie. Ale jest także siła i wszystko co piękne, wartościowe, szczególne. Ja czytając książkę Barbary Wachowicz zostałam zaopatrzona w dużą ilość cytatów, ale co więcej - dostała mi się malutka cząsteczka ich radości, humory, inteligencji i siły.
Naprawdę!

To trzeba znaleźć w sobie - tą potrzebę odnajdywania tego co piękne i wartościowe pod całą górą bezużytecznej makulatury. Ale ja wierzę, że taka potrzeba jest w każdym czytelniku. Trzeba tylko znaleźć właściwe książki, które pomogą nam odkryć nie inny świat, ale siebie w codzienności. Jedną z takich książek-gawęd jest na pewno czwarta część "Wiernej rzeki harcerstwa", która pozwala spojrzeć na siebie przez ich pryzmat i stwierdzić : "Ja nie muszę >>pięknie umierać<<, ale mogę >>pięknie żyć<<"

Cytat i zdjęcie pochodzi z książki B.Wachowicz "To  >>Zośki<< wiara" , Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa, 2005r.

wtorek, 27 marca 2012

Posłuchaj szumu Niemna...



Drogi molu książkowy,

"Z jednej strony widnokręgu wznosiły się niewielkie wzgórza z ciemniejącymi na nich borkami i gajami; z drugiej wysoki brzeg Niemna, piaszczystą ścianą wyrastający z zieloności ziemi, a koroną ciemnego boru oderznięty od błękitnego nieba, ogromnym półkolem obejmował równinę rozległą i gładką, z której gdzieniegdzie tylko wyrastały dzikie, pękate grusze, stare, krzywe wierzby i samotne, słupiaste topole."

Czy słyszysz szum rzeki, który zawiera w sobie każda litera tego ulotnego opisu? Czy słyszysz jej narastający dźwięk, który układa się w obietnicę drogą sercu każdego czytelnika: "Posłuchaj mnie.... , posłuchaj... chcę opowiedzieć Ci historię o miłości i przebaczeniu, o ideach, o codziennym życiu.."? Zastanów się - szumowi Niemna się nie odmawia.

Tak, ja wiem, że znasz tą powieść. Znasz jej autorkę, epokę w której powstała, może nawet charakterystyczne cechy i wyznaczniki. A może wiesz tylko, że kiedyś - dawno temu "Nad Niemnem" był to tytuł jednej z lekcji języka polskiego. Wszystko to jest bardzo możliwe i prawdopodobne. Sama posiadam taki zeszyt i taki temat, znam wyznaczniki i epokę, ale dopiero wczoraj, wczorajszego popołudnia "stanęłam" tak blisko rzeki, aby usłyszeć opowieść, która zawładnęła moim sercem. Teraz zapraszam Ciebie, abyś przybył tutaj, bliżej i posłuchał razem ze mną.

rzeka Niemen  

Spróbuj, a może odkryjesz nowy świat, który stanie Ci się bliski, tak jak mnie? Pomyśl, przeniesiemy się w lata 80. XIX wieku na wieś - do starego, malowniczego dworku, jakich już teraz ciężko zobaczyć. Poznaj rodzinę państwa Korczyńskich - jakże różną i mającą wiele sprzecznych w sobie cech! A także Justynę Orzelską - naszą czarnowłosą bohaterkę. A później przeniesiemy się jeszcze w inne miejsce, które jednak na razie niech pozostanie tajemnicą. Mogę Cię jednak zapewnić, że będzie miało jeszcze większy urok i czar.., czar przeszłości.

Tam, jak maki na polu zakwitnie miłość- niepozornie, delikatnie, nieuchwytnie. Ona wprowadzi zmiany, wiele nauczy i pokaże. Wskrzesi pamięć o tych, którzy zginęli i doceni tych, którzy żyją i pracują dla innych. A tłem wszystkich tych wydarzeń będzie niezmiennie piękna rzeka, nucąca swoją pieśń...
Czy odpowiesz na te leciutkie jak wiatr słowa? Ja odpowiedziałam, po wielu miesiącach i wiem, że pieśń Niemna tak głęboko zrosła się ze mną, że stanowimy już jedno - ja w niej, ona we mnie.  Teraz czas na Ciebie, drogi molu książkowy - pozwól się zaczarować.

Elina


Cytat pochodzi z książki Elizy Orzeszkowej "Nad Niemnem", wyd. Greg.

niedziela, 11 grudnia 2011

Podróże, hej podróże!

Kiedy tak, jak dzisiaj świeci piękne słońce, delikatnie musujące moją twarz i tak jakby cichutko szepczące, że życie jest piękne w swojej codzienności- wszystko wydaje się prostsze. Cierpię na brak widocznych temperatur dodatnich, codziennej obecności słonecznej planety, która samym swoim istnieniem zwiększa ilość endorfin w moim organizmie. Następstwem tego jest czysta, niczym nie zmącona radość i chęć na działanie.
Zima, szczególnie po tureckiej przygodzie wydaje mi się czasem smutnym i wybrakowanym, mimo kojącej obecności Świąt.

Na długie, zimowe wieczory, kiedy siły do wtłaczania się w siebie "hektolitrów" wiedzy się skończą, włączam sobie nastrojową muzykę i...odpływam. Odpływam w nieznane za pomocą książek podróżniczych, które właśnie w tym okresie czasu są mi szczególnie potrzebne i bliskie. Tym razem zaprosiłam do opowiedzenia mi swojej historii duet znany i lubiany - Wojciecha Manna i Krzysztofa Maternę. Znani dziennikarze muzyczni, satyrycy, konferansjerzy, tym razem postanowili wspólnymi siłami napisać książkę. W niej zawarli swoje autobiograficzne wspomnienia, przeżycia z wielu podróży odbyte razem, ale także i osobno.

Na początku obaj panowie opowiadają nam historię podróży statkiem-legendą, czyli Batorym, na którym "nie obowiązywała magiczna godzina trzynasta". Statek wyposażony był w wygody zupełnie nieprawdopodobne dla człowieka socjalizmu, jak chociażby możliwość zamówienia lodu do napojów. To był malutki, ale zupełnie inny świat.
Jednak pobyt na rajskim statku nie był dla obu panów czasem, jak można by mniemać - radości i spełnienia. Jeżeli chcecie się dowiedzieć, z jakiego to powodu - zachęcam do lektury. Następne rozdziały obfitują w opisy innych wojaży, tych zaoceanicznych, czyli do Ameryki, Acapulco, a także do Tunezji, RPA, Węgier. Nie brakuje także wspomnień z naszych tradycyjnych polskich wycieczek.
Wszystkie opisy naszpikowane są dobrym humorem, dygresjami. Pisane są lekko i z przymrożeniem oka. Język, jakim posługują się autorzy - odzwierciedla ich charaktery i usposobienia - jest interesujący i iskrzący się dobrym humorem.

Książkę polecam dla osób pragnących oderwać się, chociaż na chwilkę od codzienności i jej problemów. Jest ładnie wydana, zawiera dużo zdjęć, dodatkowo wprowadzających nas w klimat wypraw. Ja ze swojej strony daję solidną czwórkę.

niedziela, 20 listopada 2011

"Historia ma zwyczaj zmieniać ludzi, którzy myślą, że ją zmieniają", czyli o tym że sztuką jest napisać dobrą biografię.

Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu?
Tylko we Lwowie!
Gdzie pieśnią cię budzą i tulą do snu?
Tylko we Lwowie!
Czy bogacz, czy dziad jest tam za pan brat
I każdy ma uśmiech na twarzy!
A panny to ma słodziutkie ten gród,
Jak sok, czekolada i miód!
Więc gdybym miał kiedyś urodzić się znów,
Tylko we Lwowie!
Bo ni ma gadania i co chcesz, to mów,
Ni ma jak Lwów!*


Ta optymistyczna i pełna radości piosenka śpiewana przez Szczepcia i Tońcia - lwowskich batiarów w filmie pod tytułem "Włóczęgi" stała się iskrą, która zdecydowała o wyborze książki "Aleksander Czołowski 1865-1944: luminarz lwowskiej kultury" autorstwa Iwony Zimy. Ogarnęła mną przemożna ochota znalezienia się znów w tym Lwowie, opisanym już przez tylu autorów, z moim ulubionym Kornelem Makuszyńskim na czele.
Chciałam poczuć jego szczególny klimat, odnaleźć piękne miejsca i tamtych ludzi - lwowiaków. Nie wiedziałam w jaki  dokładnie sposób mogłabym to osiągnąć, ale taki cel i wyobrażenie spowodowało, że postawiłam autorce bardzo wysoko poprzeczkę. Jak się później okazało - zbyt wysoko.

Iwona Zima w swoim debiucie literackim przedstawia biografię Aleksandra Czołowskiego - historyka i archiwisty, kolekcjonera, dyrektora Muzeum Historycznego Miasta Lwowa i Muzeum Narodowego we Lwowie. Postać znaną w inteligenckich kręgach tamtych czasów, człowieka związanego bardzo ściśle z kulturą polską, szczególnie z kulturą miasta Lwowa. Cieszę się, że znalazła się osoba, która chciała przypomnieć postać zapomnianego doktora Czołowskiego. Książka została wydana elegancko - twarda okładka, grubszy papier, jednak te zewnętrzne cechy nie mogą przysłonić występujących z rzadka, ale jednak - literówek.

Jestem świadoma, że pisanie biografii to praca żmudna. Szczególnie uciążliwa, gdy nie ma się wystarczających źródeł, na których można by ją oprzeć. Iwona Zima we wstępie mówi: "Istnieją elementy i aspekty życia zarówno prywatnego, rodzinnego, jak i zawodowego, których nie znamy, nie możemy ich wyjaśnić oraz do końca poznać".
Mimo to autorka stworzyła ponad 300-stronnicową biografię. Jednak to nie o ilość powinno tutaj chodzić. Przyznam się szczerze, że pod koniec byłam już zmęczona ilością informacji, często suchych i powtarzanych. Autorka cytuje kawałek listu Czołowskiego, albo jakiś inny dokument, po czym streszcza go własnymi słowami. To według mnie całkowicie zbędne pisanie na ilość. Dodatkowo wszystkie informacje, tak dokładnie ułożone (wręcz skatalogowane!) w rozdziały i podrozdziały są podane bez krztyny uczucia. Sama postać została przedstawiona bez jakichkolwiek emocji, zupełnie neutralnie. Mam całkowicie obojętny stosunek do niego, jak i do jego działań, które naprawdę nie są przeciętne. Czołowski pracując, jako członek Mieszanej Polsko-Sowieckiej Komisji Specjalnej i Rewindykacyjnej przyczynił się w sposób niepospolity do zwrotu wywiezionych skarbów kulturalnych z terytorium Polski w czasach zaborów.
Muszę jednak zaznaczyć, że podobał mi się fragment, opowiadający o sytuacji Lwowa w trakcie jej obrony w roku 1918 roku, gdzie bohaterską postawę ukazała młodzież, czyli Orlęta Lwowskie. Spisane krótkie relacje tamtych wydarzeń przez Czołowskiego i zamieszczone w książce przeczytałam z ciekawością. Podobnie było "Zakończeniem" i opisem sytuacji Lwowa w czasie II wojny światowej - okupacji Związku Sowieckiego i III Rzeszy. Reszta nie wzbudziła mojej aprobaty, nie sprawiła radości, która przecież nierozłącznie kojarzy mi się z czynnością czytania.
Pragnienie odnalezienia Lwowa niestety nie zostało zaspokojone. A to był prawdziwy sens moich poszukiwań ; czegoś, czego się nie zapomina, nie wypada z głowy , ale daje poczucie przeniesienia się w czasie, odnajdowanie siebie w przeszłości. Cóż, będę szukać dalej.

*Fragment piosenki "Tylko we Lwowie", słowa: Emanuel Schlechter, muzyka: Henryk Wars
Cytat z tytułu jest autorstwa Terrego Pratchetta i pochodzi z książki "Równoumagicznienie" .
Fragment pochodzi z książki Iwony Zimy pt. "Aleksander Czołowski 1965-1944: luminarz lwowskiej kultury", wyd. Novae Res, 2011.

wtorek, 11 października 2011

"Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego" Magdalena Grzebałkowska






















Magdalena Grzebałkowska, nieznana mi wcześniej reporterka, absolwentka historii na Uniwersytecie Gdańskim, co czyni ją osobą w jakiś sposób mi bliską, zdecydowała się na rzecz odważną, co przez niektórych uważaną za niemożliwą - stworzenie biografii księdza Jana Twardowskiego.  I zapytacie - "cóż w tym niezwykłego? Ksiądz Twardowski był poetą; osobą popularną, nagradzaną - to chyba oczywiste, że wcześniej, czy później powstanie jego biografia." Ja również byłam tego samego zdania, zanim zaczęłam czytać. Zanim zaczęłam.

Pięknie i elegancko wydana książka przyszła do mnie pewnego tygodnia. Niczego nieświadoma położyłam ją na jednej z wielu bibliotecznych półek. Rozgrzeszając się ( "kiedy ja to przeczytam?") stwierdziłam, że przyjdzie na nią czas.
I nadszedł - na szczęście.

Ksiądz Jan Twardowski. Jakie ogół społeczeństwa ma o nim wyobrażenie? Że żył i pisał, wiersze ( ze "Śpieszmy się" na czele). Nie dziwię się, poezja w dzisiejszych czasach jest mało popularna. Zresztą, sama muszę się przyznać do podobnej ignorancji, nad którą obiecałam pracować. Uwrażliwiać się. Ale Twardowski to nie tylko ksiądz, nie tylko poeta. To po prostu człowiek. I takiego właśnie - zwykłego w swej niezwykłości postanowiła opisać Autorka. Przeniosła na karty powieści odrobinę samego księdza; jego poetycką wrażliwość, poczucie humoru, ironię, ale najwięcej dobroć serca.
To nie hagiografia,  lecz obiektywna opowieść o wzlotach i upadkach życia. Jest mowa o powołaniu i jego konsekwencjach - codziennej samotności mimo mnogości przyjaciół
i codziennie odwiedzających go osób. O jego fascynacji kobietami, współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa. O księdzu wypowiadają się osoby, które go znały przez szereg lat, bliskie mu, rozumiejące go, chociaż w jakiś sposób "szuflatkowane",
Autorka pisze:
"Kolekcjonował przyjaciół. Wysyłał im liściki i zabawne zdania na przedwojennych pocztówkach. Pielęgnował stare przyjaźnie, zawierał nowe ..." Warto tutaj  wspomnieć
o chociażby niektórych z przyjaciół "księdza od biedronek":
Anna Kamieńska była przyjaciółką od Boga,  Gustaw Wuttke (ojciec moich znanych chłopców z batalionu "Zośka" - Jana i Tadeusza!) był od przyrody, Anna Świderkówna od Biblii, Jerzy Zawieyski od kontaktów ze światem literackim. Pięknie grono wybitnych osobistości.
Nie obeszło się także bez przedstawienia informacji ściśle biograficznych. To jednak nie suche fakty, bezuczuciowe daty. Autorka w niezwykle ciekawy sposób opowiada o historii rodziny Twardowskich, zamieszcza zdjęcia, ciekawe cytaty z przeróżnych źródeł. Wiedzieliście na przykład , że "....Według sprawozdań Stacji Centralnej Meteorologicznej przy Muzeum Przemysłu i Rolnictwa 1 czerwca 1915 roku w Warszawie był pochmurny, temperatura wynosiła niecałe dziewięć stopni Celsjusza."?
Wtedy właśnie urodził się  Janek Twardowski.

Jeżeli miałabym wskazywać na minusy to na początku zniechęcały mnie wstawki rodem z dobrego kryminału - urywki tajemniczych rozmów, niedopowiedziane zdania. Nie jestem miłośniczką tanich sensacji. Jednak Autorka zapewne konstruując tak książkę chciała zwrócić uwagę na trudności w jej powstawaniu - piętrzące się problemy, niedomówienia, tajemnice. Chciała uwiarygodnić swoją pracę. Jeżeli było tak jak myślę - rozumiem.

Kiedy teraz siedzę wpatrzona w okładkę, na której jest umieszczone zdjęcie księdza Jana Twardowskiego - starszego człowieka wiem, że nie jest on tylko "księdzem-poetą", ale prawdziwie i na ile to możliwe bliską mi osobą. Stał się dla mnie nie tylko nazwiskiem, stał się człowiekiem.


Wszystkie cytaty pochodzą z książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego" , wydawnictwo Znak, 2011 rok.

poniedziałek, 3 października 2011

"Każdy zrobił, co trzeba"






















Ciekawy. Intrygujący. Przewrotny.
Tak można za pomocą kilku przymiotników określić tytuł zbioru reportaży - "Każdy zrobił, co trzeba". W skład książki wchodzi piętnaście utworów napisanych przez sześć reportażystek - Bożenę Aksamit, Katarzynę Kokowską, Ewę Orczykowską, Oliwię Piotrowską, Ewę Wołkanowską i Honoratę Zapaśnik. Każdy z reportaży jest inny, gdyż każda z naszych autorek zachowała swoistą oryginalność stylową i tematyczną. Zwłaszcza tematyczną.

Poruszane bowiem są różnorakie problemy. Sam zbiorek zaczyna się pięknym, zapadającym w pamięć reportażem o rodzinie amiszów zamieszkujących Mazowsze, żyjących zgodnie ze swoimi wierzeniami - z dala od współczesnej cywilizacji, z dala od rodziny. Prosty i sugestywny w swej wymowie, zdecydowanie zasługuję na zauważenie i docenienie.
Później poznajemy innych bohaterów - poetę pracującego w piekarni, samotną siedemdziesięciolatkę opowiadającą o swoim życiu, ofiary manipulacji i zastraszania, miłośników folkloru ludowego, ofiary policyjnych pobić i wielu innych. Słowem - niezwykle szeroki zakres społeczeństwa. Autorki zajęły się tymi, których bardzo często spycha się na margines, nie zauważa, zapomina. Piszą po prostu, zwyczajnie, ale z sercem, pasją, zainteresowaniem. To cenię.

Ja czytałam ze spokojem, uwagą, nieśpiesznie. Dzięki temu mogłam poznać każdego z bohaterów, próbować zanalizować jego sytuację, porównać do mnie i mojego życia. 
Nie napiszę, że historie przedstawione przez reportażystki zmieniły mój światopogląd. Nie, ale ukazały dyskretnie niektóre nieznane problemy, a inne znów przedstawiły z innego punktu widzenia.
A na koniec drobna refleksja nad tytułem, na który już zwróciłam uwagę na początku recenzji. "Każdy zrobił, co trzeba". Cóż to znaczy? Czy to co trzeba było zrobił policjant- bokser albo żona bijąca męża? A może każdy zrobił, co trzeba, bo opowiedział o swoim problemie, podzielił się swoją opowieścią?

Jedno jest pewne - dziękuję autorkom za odważnie tematycznie utwory, napisane tak, że czytało się z prawdziwą przyjemnością mimo niejednokrotnie ciężkich tematów. Do reportaży, jako gatunku na pewno nie jednokrotnie wrócę i to właśnie takich - opowiadających o współczesnych czasach, które tworzymy sami.



czwartek, 15 września 2011

"Sekretne życie motyli" Joanna Onoszko






















Nie jest prosto odchodzić, zostawiając za sobą wszystko co drogie, choćby tylko na chwilę. Ale jeszcze trudniej jest wracać. Wracać do tego co się kocha - z odrobiną poczucia winy, z niepewnością, ale również z przepełniającą serca nadzieją i siłami, by postało coś nowego. Nowy początek.


Tak właśnie się czuję, gdy publikuję pierwszą recenzję po półtoramiesięcznej przerwie w pisaniu, a przede wszystkim w czytaniu. Czytanie, które było moim drugim życiem spadło z piedestału, gdy zajął je ktoś inny. Ale nie zapomniałam o nim, potrzebowałam tylko przerwy i odpoczynku, aby powrócić z nowymi siłami, pomysłami, z nowymi lekturami.
W tym powrocie towarzyszyła mi książka, która zainteresowała mnie swoim niezwykłym tytułem - "Sekretne życie motyli". Zadawałam sobie tysiące pytań - kim są "motyle"? jak wygląda ich sekretne życie?  czy chcę je poznać?
Chciałam. Bardzo.

Przygoda. Któż nie zna nęcącego jej wołania? Każdy z nas pragnie życia ciekawego, pełnego  przygód, szalonego i zwycięskiego. O tym także marzy Nora - jedna z bohaterek powieści, która razem z mężem- Alkiem i dwójką swoich przyjaciół - Stefanem i Lizą wybiera się w podróż do odległej Grenlandii, by pomóc w nagraniu filmu dokumentalnego o życiu motyli - podróżników, zdobywców nieznanych szczytów. Jednak ta wyprawa okazuje się tłem o ukazania prawdziwych emocji i uczuć, które kryją się w każdym człowieku.

Autorka książki - Joanna Onoszko, w swoim debiucie literackim porusza tematy trudne, których się nie spodziewałam. Pisze o ambicji, egoizmie, uczuciach. Ale w gruncie rzeczy o ludzkich charakterach i wzajemnych relacjach. O tym, jak każdy z nas wpływa na drugiego człowieka dając, albo odbierając tak wiele. To nie jest prosta opowieść bez morału, autorka postawiła poprzeczkę wysoko mierząc się z takim tematem i już za to należą jej się brawa. Nie przeczę, że powieść ma błędy i niedociągnięcia, bo występują i czasami delikatnie irytują - chociażby to jednostronne przedstawienie jednego z bohaterów, ale ja będę na zawsze pamiętać o "Sekretnym życiu motyli", jako o książce, która towarzyszyła mi w powrocie - pomogła, a nie zniechęciła. Nie chciałabym stawać po niczyjej stronie konfliktów, które narodziły się wraz z postaniem tej powieści. Bo dla mnie ona niosła inne przesłanie, stare jak świat i nadal aktualne - o tym, że stajemy się takimi, jakimi chcemy się stać...

---
 Tak, wróciłam już na dobre :) .

czwartek, 21 lipca 2011

"Bohaterowie >>Kamieni na szaniec<< w świetle dokumentów" opracowanie Tomasz Strzembosz






















"Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym prawu Szarych Szeregów. Ślubuję na Twoje ręce pełnić służbę w Szarych Szeregach, tajemnic służbowych dochować, do rozkazów służbowych się stosować, nie cofnąć się przed ofiarą życia"


Tekst ślubowania Szarych Szeregów
zatwierdzony w rozkazie Naczelnika z 13 IV 1944 r.


O takich książkach trzeba pisać, bo inaczej zostają niezauważone; znikają z księgarni, zaczynają pokrywać się cienką warstwą kurzu, a potem są spychane coraz dalej, dalej... aż w końcu się o nich zapomina. Nie mają bowiem pięknej okładki, pochłaniającej treści, ani odpowiedniej reklamy. Zawierają jednak coś innego - ogromną wartość moralną.
Dzisiaj chciałabym napisać kilka słów o jednej z takich książek "Bohaterach >>Kamieni na szaniec<< w świetle dokumentów"  , która towarzyszyła mi przez ostatnie tygodnie i znów wprowadziła mnie w niezwykły świat tamtych ludzi, tamtych czasów.

Na początku powinnam wspomnieć o samych "Kamieniach na szaniec" autorstwa Aleksandra Kamińskiego. Książka - legenda, o trzech wielkich postaciach - Zośce, Rudym i Alku. Któż z nas nie zna ich historii! Opowieść jedyna w swoim rodzaju, niezwykła, zawierająca ogromną siłę głównych bohaterów.
Jak jednak powstali "Bohaterowie..."? Opowiada nam o tym sam autor opracowania - Tomasz Strzembosz, mąż siostry Alka Dawidowskiego - Marii "Maryli" Dawidowskiej :

"Nasza przygoda zdarzyła się dość dawno, bo w roku 1971. Oto, pewnego dnia do (...) Maryli Dawidowskiej (...) zadzwoniła jej starsza koleżanka z okupacyjnej Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa (...)  Maria Minczewska, wówczas naczelna pielęgniarka Wojska Polskiego, z którą Maryla nie widziała się od bardzo dawna. Maria Minczewska zapowiedziała Maryli odwiedziny  oficerów pionu polityczno- wychowawczego WP, nie dając żadnych dalszych wyjaśnień. W niedługi czas po tym telefonie do szkoły pielęgniarskiej, w której Maryla pracowała, przybyło dwóch oficerów, przynosząc w teczce sporą kopertę z garścią nieco podniszczonych i pożółkłych papierów. Jakież było zaskoczenie, gdy okazało się, że są do "papiery z komina".

"Papiery z komina" to lisy, zapiski, dokumenty, prasa konspiracyjna zachowana mimo, rozbicia przez gestapo rodzinnego domu Dawidowskich. Maryla wyjeżdżając z Warszawy na początku lipca '44 roku :

"...Weszła przez okno na dach czteropiętrowego domu Szkoły, odszukała w jednym z kominów obluzowaną cegłę, wyjęła ją i poszerzywszy otwór wetknęła do niego owinięty w papier pakiecik, zasłaniając go z powrotem brakującą cegłą.."

Dzięki tej prowizorycznej skrytce ocalały bezcenne pamiątki po naszych drogich bohaterach z "Kamieni na szaniec" -dokładnie tak, gdyż , cytowane są tutaj tylko listy, notatki i inne dokumenty osób występujących w znanej książce Kamińskiego: "ale nie "najważniejszych",  lecz dokładnie wszystkich, niezależnie od tego czy Autor poświęcił im całe strony, czy tylko odnotował gdzieś samo ich istnienie." . Dlatego występują tutaj listy osób, które niektórym z "Kamieniami" się nie kojarzą, a ja powitałam ich jako dobrych znajomych , m. in. "Czarnego Jasia" Wuttke , jego brata - "Małego Tadzia",  "Maćka" Bittnera, "Felka" Pendelskiego . Mogłam ich lepiej poznać w "Zośce i Parasolu", a teraz dzięki pracy pana Strzembosza stali mi się jeszcze bliżsi.
Cóż pisać, gdy kłębią mi się w głowie takie ilości myśli dotyczące moich rówieśników, wielkich bohaterów, ale jednak takich zwyczajnych. Mamy tutaj piękne bajki Andrzeja Machólskiego "Małego Jędrka" pisane dla sympatii Danuty Zdonowiczówny "Danki",
notatki Alka Dawidowskiego, wspomnienia "Zośki" zatytułowane : " Kamienie przez Boga rzucane na szaniec", które pisał w roku 1943, jako swoista pomoc na wyjście ze stanu depresji, który go ogarnął po śmierci najbliższych przyjaciół. Są tutaj także przesycone uczuciami listy "Maćka" Bittnera, czy troszkę pół-żartem, pół-serio pisana korespondencja Alka Dawidowskiego do "Baśki" Sapińskiej. Tyle wspomnień, tyle przeżyć!
Ja je "smakowałam", czytałam po trochu, zastanawiałam się. I już wiem, że będę do nich wielokrotnie wracać, bo wielka siła znajduje się w tym zbiorku. Moc zmieniania siebie...

I jeszcze na koniec słówko o filmie, o którym słyszały jednostki, bo jakżeby inaczej. Mowa o " Oni szli Szarymi Szeregami" fabularyzowanym dokumencie opowiadającym oczywiście o Szarych Szeregach, z szczególnym uwzględnieniem najbardziej znanych postaci.
Niestety, nie miałam możliwości jak dotąd obejrzenia filmu i zostaje mi tylko podziwiać zwiastun, który można zobaczyć tutaj .  


Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Bohaterowie >>Kamieni na szaniec<< w świetle dokumentów" opracowanie Tomasz Strzembosz. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007 .

środa, 13 lipca 2011

Lena Najdecka "Rodzina Wenclów: Wspólnik"























Lubię sięgać po debiuty literackie. Oczywiście, sięgając po nie, należy to robić z dużą dozą sceptycyzmu. Staram się również nie oczekiwać zbyt wiele, by wierutnie się nie rozczarować.

Z takim również przekonaniem wzięłam do ręki powieść pani Leny Najdeckiej pod tytułem: "Rodzina Wenclów: Wspólnik"  i stwierdzam - to się czuje. Wyraźnie czuję samorodny talent portretowania społeczeństwa, umiejętnego obserwowania ludzkich charakterów.
To zawsze jest w cenie.

Autorka wybrała sobie ciekawą i jakże różnorodną grupę społeczną do sportretowania - klasę średnią. Temat - rzeka , bo o zachowaniach pracowników międzynarodowych korporacji ( i nie tylko) można by spisać nie jedną książkę. To, w jaki sposób pisarka przedstawia nam "dorobkiewiczów", bo takim oto przymiotnikiem należy określić wykreowane przez nią postacie - osoby, którym mówiąc gwarowo "słoma z butów wystaje" zasługuje na uwagę.
To swobodne, aczkolwiek nie podane wprost wyśmiewanie przywar owej klasy. Intrygująca satyra na współczesną sytuację w Polsce.

Gdybym miała zaczynać streszczać powieść musiałabym podjąć się trudnego zadania. Wątki poszczególnych postaci cały czas się mieszają. Trudno wyznaczyć jedną "oś główną" książki, tak jak głównego bohatera. Bardziej bym się skłaniała do wersji, że głównym bohaterem jest bohater zbiorowy, a nim cała rodzina Wenclów. Przykład dorobienia się z uwłaszczenia nomenklatury w latach 90., co oznacza duże pieniądze, a z nimi - uważanie się za nową inteligencję społeczeństwa, które ewaluuje. Pani Najdecka świetnie pokazała drugą stronę owej "inteligencji" - małostkowość, chytrość i  niezaspokojoną żądzę pieniądza.
Każdego z bohaterów, wchodzących w skład tytułowej rodziny można by charakteryzować godzinami, tak znane nam są podobne "typy" z rzeczywistości. Mamy tutaj biznesmena - Ojca, prostaka jakich mało, ale mającego wielkie aspiracje światowe. Jego żona- Elżbieta Wencel udaje arystokratkę, a trójka dorosłych dzieci- Paweł , znany i poważany adwokat, chociaż gbur, , Mateusz- światowiec, aczkolwiek z dużą dozą samozachowawczej ironii i najsłabiej sportretowany Piotr - idealista zostaje wychowana w duchu nowobogackiego trendu.
Każdy z własnymi problemami rodzinnymi, ale nie tylko. Jak trudne jest im odkryć to, czego czytelnik domyśla się od pierwszych stron - że problemy wypływają od nich samych, z ich charakterów.

Akcja powieści jest umiarkowanie szybka i chociaż nie zaskakują nas żadne gwałtowne zwroty akcji, w jakiś sposób wciąga. Trudno było mi się oderwać od "Rodziny Wenclów", chociaż tak wiele denerwowało mnie w charakterach bohaterów! To dla mnie była również interesująca podróż w centrum życia współczesnych "światowców". O wielu rzeczach nie miałam pojęcia, a autorka pisze, tak jakby dużą część podobnych sytuacji przeżyła - ze znawstwem.
Wszystkie słabostki naszych bohaterów zostały przez pisarkę wyciągnięte na powierzchnię i odpowiednio, ale taktownie, wręcz niezauważalnie skomentowane. Spodobało mi się to.

Chciałabym, więc z czystym sercem polecić debiut literacki pani Leny Najdeckiej. Będzie to idealna lektura na dwa-trzy wieczory. Nie chciałabym wróżyć niczego debiutującej autorce, nie takie jest przecież moje zadanie, ale mogę zdradzić, że zapowiada się interesująco. Oby tak dalej.

niedziela, 10 lipca 2011

"Szatan z siódmej klasy" Kornel Makuszyński

Dzisiaj czeka mnie praca trudna i wymagająca. Chciałabym bowiem przedstawić Wam książkę szczególną dla mnie, chociaż dzisiaj niedocenioną i troszkę zapomnianą, zresztą tak samo jak jej autor. Mowa o "Szatanie z siódmej klasy" autorstwa Kornela Makuszyńskiego. Mojego ukochanego polskiego pisarza. Ponieważ jego utwory w sposób nieodwracalny kojarzą mi się z pięknym czasem jakim są wakacje i w tym roku postanowiłam tradycyjnie sięgnąć po jedną z jego książek. Wybór nie jest przypadkowy, aczkolwiek całkowicie nieplanowany, bo było to tak:
W deszczowy poniedziałkowy wieczór nawiedził mnie stan właściwy pogodzie - delikatne rozmarzenie. Jakoś przypadkiem (chociaż podobno przypadków nie ma) znalazłam film - ukochany film z 1960 roku. Stary, czarno-biały z Józefem Skwarkiem, Polą Raksą i Stanisławem Milskim. Pomyślałam, że dawno go nie oglądałam... . I tak od słowa do słowa -(a właściwie od kliknięcia do kliknięcia) po raz kolejny przeżyłam razem z Szatanem tajemniczą przygodę.
Jako miłośniczka słowa pisanego natychmiast postanowiłam sięgnąć po pierwotną wersję literacką, a że miałam ją "pod ręką" rozpoczęłam dawno planowaną powtórkę.

Mimo wszystko - bałam się. Bałam się, że po kilku latach (czytałam ją ostatnio w 5 klasie szkoły podstawowej) nie będzie już dla mnie tak ciekawa, odkrywcza, tajemnicza.
Zdziwił mnie styl - już tak dawno nie miałam do czynienia z tym tak szczególnym, a kwiecistym stylem Makuszyńskiego. Z jego książek "tchnie" takim niezwykłym, a ukochanym klimatem tamtych, niestety minionych już czasów.
Jednak odnalazłam siebie, swoje wrażenia i chociaż dorosłam, zmieniłam się - dalej rzuciłabym wszystko i dołączyłabym do szalonego Adama . Jestem tego pewna!
A fabuła? Czy można nie znać zarysu wyczynów Adasia Cisowskiego, zwanego Szatanem? Wydaje mi się to całkowicie niemożliwe, mimo, że z  natury jestem nieufna. Jednak, ponieważ "repetitio est mater studiorum", jak głosi łacińska sentencja, powtórzę, a może i przypomnę zapominalskim , o dawno czytanej lekturze...
Adam Cisowski - siedemnastoletni uczeń, zwany przez przyjaciół i profesora Gąsowskiego Szatanem, ze względu na swoje niezwykłe umiejętności rozszyfrowywania tajemnic  otrzymuje od szanownego profesora propozycję rozwiązania trudnej zagadki, w której główną rolę odgrywają drzwi. Drzwi, które w przedziwny sposób giną z wiekowego dworku należącego do Gąsowskich.
Kiedy  nasz Adaś trafia do siedziby znakomitego rodu okazuje się, że dwór kryje tajemniczą zagadkę rozgrywającą się w czasie odwrotu wojsk Napoleona po klęsce w wojnie francusko-rosyjskiej w roku 1813. A drzwi to dopiero początek.

Nie miałam w zamiarze streszczać fabuły, jedynie chciałam ją leciutko zarysować, by zapominalskim - przypomnieć, a nieuświadomionym o istnieniu tak ciekawej książki - zwrócić uwagę i zachęcić.
Kiedy tak porównuje moje wspomnienia i obecne wrażenia stwierdzam, że dużo się zmieniło. Jednak nadal mam potrzebę podróżowania, przeżywania przygód razem z moimi, tak drogimi przyjaciółmi z dzieciństwa. Dlatego warto powtarzać, warto przywoływać z przeszłości znane nam postacie. One uświadamiają nam zmiany, nawet czasami niewidoczne. Słuchają i opowiadają kolejny raz swoją historię. Tak drogą.

A na koniec chciałabym prosić Was : nie zapominajcie o Kornelu Makuszyńskim! To wyjątkowy pisarz, który w wyniku wojny stracił wszystko, ale się nie załamał. Pozostał wierny i dlatego również zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Zachęcam także do oglądnięcia "Erraty do biografii" , która opowiada o jego osobie.
Sięgnijcie po "List z tamtego świata", "Przyjaciela wesołego diabła", "Uśmiech Lwowa", czy "Złamany miecz", a zapewniam Was, że przeżyjecie niezapomniane chwile. To pisarz, który umie w lać w serca otuchę i radość. 


czwartek, 7 lipca 2011

"Pensjonat Sosnówka" Maria Ulatowska






















To dziwne, ale książki Marii Ulatowskiej skłaniają mnie do refleksji nad pisarstwem. Poprzednio stwierdziłam, parafrazując znaną piosenkę, że "pisać każdy może". Teraz jednak doszłam do wniosku (nie odkrywczego!) , jak wielka jest różnica między pisarzami. Skąd ona się bierze?
Według mnie że jest to zasługa, co określę nieeleganckim wyrazem "czegoś". Można to tłumaczyć różnie - rodzajem talentu, iskrą Bożą... Nie wiem. Jedno jest pewne - jedni to mają, a drugim tego poskąpiono. Gdyby jednak wszyscy mieli ten dar, czy umielibyśmy odróżnić literaturę "z górnej półki", od tej nastawioną typowo na rozrywkę, a i pozbawioną ponadczasowości?
Raczej nie. Dlatego warto od czasu do czasu sięgnąć po coś ... innego, by porównać i docenić.

Kiedy recenzowałam pierwszą część "Sosnowego dziedzictwa" napisałam, że dam autorce drugą szansę i sięgnę po jej następną powieść, która nosi tytuł "Pensjonat Sosnówka".
Słowa dotrzymałam i dzisiaj chciałabym Wam przedstawić moją krótką recenzję owej książki, która na kilka godzin była dla mnie przewodniczką po świecie stworzonym przez panią Marię Ulatowską.

"Pensjonat Sosnówka" miał szczęście - trafił na dobry moment - brzydki i pochmurny dzień, a z mojej strony zdenerwowanie, które chciałam ukoić za pomocą jakieś miłej i niezobowiązującej lektury, którą czyta się szybko i bez problemów. Dlaczego wybrałam "Pensjonat..." ? Z powodu cudownej okładki! Autorce projektu należą się wielkie brawa, gdyż jest to zdjęcie jakby z moich marzeń. Przywołuje on spokój, rozmarzenie, kojarzy się z wszystkim, co najlepsze.
Jednak środek, czyli sama esencja, niestety nie przekonała mnie, chociaż z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jest lepiej niż w części pierwszej. Powieść jest dalej tak słodka..., tak nierzeczywista. Główna bohaterka to uosobienie idealności, a nawet negatywni bohaterowie są mało... negatywni. Jednak najgorsze według mnie są zdrobnienia. Ciągle tylko : "stoliczek", "krzesełko", "Aniulka", "Jacuś", "Tomeczek" etc. , etc.  Litości!

Gdy się jednak wyżaliłam, co do negatywów, mogę stwierdzić, że sama akcja jest w miarę przemyślana, a samą książkę czyta się szybko. W jakiś sposób jednak Sosnówka przywołuje... Może to wynika, z moich marzeń, aby kiedyś również zaszyć się w takim dworku-pensjonacie z dala od wszystkiego i otoczyć się samymi miłymi ludźmi...
Możliwe. 
Wiem, jednak, że pani Ulatowskiej już podziękuję. Druga szansa nie została wykorzystana, a przecież jest tyle książek na świecie czekających na odkrycie...

----
Dziękuję bardzo za wszystkie życzenia powrotu do zdrowia. Już prawie jestem w formie! Szczególnie, że wczoraj udało mi się zdać egzamin na prawo jazdy! Wrażenia nie do opisania :-)

piątek, 20 maja 2011

"Wątek poboczny" Stella Szeszuła + wyniki wygrywajki

Są książki, o których można by pisać godzinami, dyskutować z najbliższymi stawiając argumenty i kontrargumenty. Wielokrotnie wracać do nich przy możliwej okazji, by znów zachwycić się bogactwem języka, bliskością bohaterów, czy niezwykłymi przygodami.
Są jednak także książki, po przeczytaniu których nie ma się nic sensownego do powiedzenia. I chociaż osobiście pisanie recenzji pomogło mi wypracować w sobie umiejętność pisania o wielu, nawet nieinteresujących mnie utworach to jednak czasem bywam w przysłowiowej "kropce". I tak jest z "Wątkiem pobocznym" autorstwa Stelli M. Szeszuły, autorce o pięknym i oryginalnym imieniu.

 Meadow Rice, córka Thomasa Rice wychodzi niedługo za mąż. Jednak ta, jak można by przypuszczać szczęśliwa wiadomość nie budzi u nikogo radości. Dlaczego? Otóż ojciec panny młodej nie cierpi przyszłego zięcia. A sama Meadow nie jest przekonana o trafności swojej decyzji, gdyż w głębi serca nie kocha narzeczonego.
Nic ciekawego? Niby tak, gdyby nie jedna, "niewinna" postać - Roger Wood.

 To nie jest powieść, którą można skojarzyć sobie z moją osobą. Ja i ona to zupełnie inne charaktery i osobowości. Jednak musiałyśmy dojść do kompromisu i uczyniłyśmy to nawet bez sporów i szybko.
Głównie za sprawą wspomnianego już Rogera - człowieka intrygującego, gdyż tacy są właśnie cynicy, "najbardziej znani, z tego , że są znani" , egoiści , ukrywający swoje własne wrażliwe wnętrze pod płaszczem wredności. Jego język jest cięty, ale dzięki temu w jakiś sposób przyciąga i składnia do dalszego czytania. Bo to właśnie język, a szczegółowo mówiąc: dialogi (opisów tam nie ma prawie w ogóle) są głównym plusem tej książki. Dialogi irracjonalne, nie pozbawione humoru. Także bohaterowie ukazani w krzywym zwierciadle oddają ludzkie przywary i pokazują, jak wzajemnie na siebie wpływamy. A wszystko to dzieje się w jak sugeruje nam okładka  : "w oparach dziesiątek litrów szkockiej...".

Polecam tę książkę osobom szukającym spojrzenia na świat trochę z innej strony, niebanalnych dialogów i szybkiej akcji. Jednak dla mnie - lubiącej wyrafinowany język, piękność opisów i swoistą "ciepłość" pozycja ta nie zachwyciła. Za jakiś czas pozostanie tylko mgliste wspomnienie, które nie przerwie chęć powtórnego zanurzenia się w świat stworzony przez panią Stellę Szeszułę.

----------------------

Kochani,

Otrzymałam tyle pięknych komentarzy od Was z gratulacjami, miłymi opiniami dotyczącymi bloga. Poznałam też wiele nowych, interesujących osób. Dziękuję serdecznie!

A teraz czas na rozwiązanie "wygrywajki- rozdawajki" jubileuszowej.
W roli maszyny losującej wystąpiła rączka mojej siostry Oli, która to czuwała nad przepisowym odbyciem się losowania.

Ogłaszam uroczyście, że szczęśliwcem jest:

Gratuluję!

Proszę o kontakt na maila w sprawie danych do wysyłki :)