Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zapomniane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zapomniane. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lipca 2012

Książki, wspomnienia i herbaciane róże




"Życie moje upływało pod znakiem książki", takim oto zdaniem, szczególnym dla każdego mola książkowego, dla którego książka jest częścią świata, który sobie stworzył, Zuzanna Rabska rozpoczyna swoją autobiograficzną opowieść zatytułowaną: "Moje życie z książką". 
Czytając opowieść Rabskiej miałam uczucie, jakby czas się zatrzymał, jakbyśmy pozostały we dwie - ona, ja oraz książki i przeszłość, a wszystko to mieszało się z wonią herbacianych róż, która przesycała powietrze.

"Moje życie z książką" Rabska zaczęła pisać na rok przed śmiercią, kiedy tak wiele bliskich jej osób odeszło w krainę przeszłości i niestety zapomnienia. Ona jakby tym ostatnim wysiłkiem woli pragnie przywrócić im życie i należną pamięć, szczególnie ojcu - Aleksandrowi Krausharowi, wybitnemu patriocie, uczestniku powstania styczniowego, varsavianiście , prawnikowi, poecie i prawdziwemu historykowi. Z każdej linijki tekstu wyczuwa się wielką miłość autorki to ojca, który był dla niej wzorem w wielu dziedzinach do końca życia.
Ale przez karty książki przesuwają się również dziesiątki innych, wielkich i wspaniałych osób znanych nam, potomnym już tylko z encyklopedii jako suche nazwiska. Jest tutaj i mój ulubiony Bolesław Prus ( opisywanie spotkania autorki z wielkim pisarzem przeczytałam z wypiekami na twarzy!), Eliza Orzeszkowa (przyjaciółka matki autorki, Jadwigi Krausharowej), Stefan Żeromski, Deotyma, Kazimierz Przerwa- Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Adam Asnyk i wielu, wielu innych wybitnych osobistości przełomu XIX i XX wieku.

Z autorką przemierzamy ulicę przedwojennej Warszawy, miasta magicznego, zatrzymując się przed wybranymi kamienicami, słuchając opowieści o wybitnych osobistościach żyjących w tym miejscu,  odwiedzamy Bibliotekę Ordynacji Zamoyskich, który nazywany był "pałacem ksiąg": "Zszedłszy (...) do magazynu Biblioteki Korzon (ówczesny dyrektor tej placówki-przypis mój) wskazywał wysokie półki uginające się pod ciężarem woluminów. Biblioteka posiadała wówczas 70 tysięcy dzieł z rozmaitych okresów..." i Bibliotekę Ordynacji Karasińskich: "U Krasińskich, podobnie jak u Zamoyskich, znajdowało się nieprzebrane bogactwo pierwszorzędnych materiałów dziejowych (...). Oprócz ksiąg, których biblioteka liczyła przeszło dwieście kilkadziesiąt tysięcy tomów, znajdowała się tam znaczna ilość rękopisów, bogaty zbiór broszur politycznych i odezw z czasów powstania kościuszkowskiego tudzież olbrzymie archiwa rodziny Potockich, Lubomirskich, Krasińskich i Morstinów."
Kiedy pomyśli się o tym, że szanowne książnice, tak drogocenne dla kultury polskiej zostały spalone w czasie tragicznego Powstania Warszawskiego serce się kroi z bezradności i bólu. Prawie nic nie ocalało...

Źródło zdjęcia

 Wspomnienia Rabskiej czyta się z prawdziwą przyjemnością, są pełne czaru minionych czasów, spotkań literackich, wspaniałych postaci i co najważniejsze - książek, książek, książek. Każda strona utwierdza nas w przekonaniu, że autorka była nieprzeciętną miłośniczką słowa pisanego, pełną smaku i stylu. Ze szczegółami i niezwykle ciekawie przytacza nam nieznane fragmenty z życia elit kulturalnych ówczesnej Polski. Szanowni panowie, autorzy dzieł, które weszły już do kanonu klasyki patrzą na nas często z przymrużeniem oka i fascynują. Adam Asnyk nie czyta swoich wierszy ale zachwyca się dziełami Słowackiego, Bolesław Prus prowadzi ją po nałęczowskich leśnych szlakach mówiąc o potędze natury w życiu każdego pisarza, a po policzkach Stanisława Wyspiańskiego płyną prawdziwe łzy, kiedy ogląda swoje ukochane "Wesele".

Ale niestety, "Moje życie z książką" zostało zepchnięte z bibliotecznych półek, piękny skarb nie został jednak ukryty, ale odrzucony, niechciany. Ja znalazłam go w archiwum mojej biblioteki od lat nie pożyczany, częściowo zakurzony, zapomniany. Nie dajmy mu przepaść w niepamięci, jest na to za wartościowy i za piękny.
Ja teraz poluję na swój własny egzemplarz drogocennej książki oraz na część drugą opowieści z przeszłości, by znów przenieść się w czasie, gdzie książka była częścią życia ludzi tworząc czystą magię.

Źródło zdjęcia

Cytaty pochodzą z książki Z.Rabskiej "Moje życie z książką: wspomnienia tom I", Zakład Narodowy im. Ossolińskich - Wydawnictwo, Wrocław 1959.

piątek, 6 maja 2011

Hanna Muszyńska-Hoffmannowa "Panny z kamienicy "Pod Fortuną"























Czy pamiętacie moją obietnice przedstawiania książek zapomnianych, przykurzonych, niedocenionych? Ostatnio niewiele było takich, które chciałabym w sposób szczególny przypomnieć. Jednak się to zmieniło - od kiedy przeczytałam Panny z kamienicy "Pod Fortuną". Niemłoda to już powieść, gdyż wydana po raz pierwszy w roku 1965 , jest dodatkowo trudna do znalezienia. Ja szukałam ją około roku, gdy niespodziewanie ujrzałam w bibliotece. Chyba nie macie wątpliwości , że od razu pochwyciłam i w podskokach pobiegłam do domu? Tak właśnie było.

A teraz posłuchajcie mnie na chwilę, gdyż dzięki autorce, pani Hannie Muszyńskiej-Hoffmannowej, pisarce i eseistce, debiutującej jeszcze przed II wojną światową cofniemy się w odległe czasy przełomu XVIII i XIX wieku. I gdzie? do Warszawy, oczywiście!
Tutaj poznajemy uroczą, młodą pannę Kunegundę - sierotę przygarniętą przez konsyliarza króla Augusta III oraz króla Stanisława Poniatowskiego - Jana Baptystę Czempińskiego. Ten szanowny jegomość był ojcem sześciu córek, w którym to otoczeniu wychowywała się nasza Kundzia. To ona właśnie po latach spisuje pamiętnik, który zawiera rodowe historie trzech pokoleń pań. A cóż to za pamiętnik! Gdyby można było go opisać za pomocą obrazów miałby tysiąc barw! Tak różne, ale jednakowo ciekawe były charaktery opisywanych kobiet.

Z wielką przyjemnością zanurzyłam się po raz kolejny w ten odległy świat , by poznać życie kobiet z przełomu wieków. A jest o czym pisać, bo świat naszych kilkakrotnych "pra" babek był równie intrygujący, co obecny.
 Jeżeli chcecie się dowiedzieć, jakich sposobów używała szanowna pani-matka, aby wydać za mąż swoje sześć pociech, czy co kryje się za tajemniczymi słowami : roba, dezabil, tupecik, kryza, czy innymi uroczymi archaizmami - radzę sięgnąć po tę książkę!

Poznacie również niezwykłą, chociaż dzisiaj już (niesłusznie!) zapomnianą postać : Klementynę z Tańskich Hoffmanową. Ja panią Klementynę poznałam za sprawą niezwykłej antologii pod tytułem Kufer Kasyldy, który swoją drogą muszę sobie powtórzyć i napisać kilka słów. A jest o czym pisać, bo Kufer Kasyldy zawiera prawdziwe skarby pamiętnikarskie!
Była to jedna z pierwszych pisarek książek dla dzieci. Dzięki swojemu pisarskiemu rzemiosłu mogła utrzymać się sama, bez pomocy rodziny, co było nie lada wyczynem w tamtych czasach. Jej najbardziej popularną książkę - Dziennik Franciszki Krasińskiej mam już w planach czytelniczych!

Na koniec jeszcze raz zachęcam Was do poszukiwań. Może odwiedziecie dawno zapomniany regał w waszej bibliotece? Albo wybierzecie się na "łowy" do antykwariatu? Stare, zżółknięte lektury zawierają nieraz prawdziwe skarby, które są na wyciągnięcie ręki i czekają na odkrycie. Nie pozwólmy, by zostały zapomniane.

środa, 16 marca 2011

Tadeusz Zieliński "Starożytność bajeczna"























W niedostępnej dla wzroku ludzkiego siedzibie Matki Ziemi zasiadają jej córki, trzy odwieczne prządki, trzy Mojry, potężne boginie losu. Kiedy rodzi się człowiek, pierwsza Kloto wyciąga ze swej przędzy nić jego żywota. Druga Lachesis, prowadzi dalej jej pracę, łącząc z tą nicią inne, to złote, to czarne. Warczy wrzeciono, życie człowieka ciągnie się przez bóle, przez radość, dopóki trzecia Atropos, nie przetnie nici swoimi nożycami.
Wówczas następuje śmierć."

Dzisiejsze dzieło, jak i jego autora, których to chcę Wam przedstawić nie można zaliczyć do znanych. I ja pozostawałabym nieświadoma istnienia tego utworu, gdyby nie słowa mojego nauczyciela, który wspominając o tym utworze stwierdził , iż "...jest napisana pięknym językiem...". Czy jakikolwiek miłośnik czytania książek zdoła się oprzeć takiej opinii?
Szczególnie, że powtarzając ostatnio kulturę i historię Grecji całkowicie się zachwyciłam - bogactwem historii, dzieł sztuki i literatury. Mam nadzieję, że już niedługo spełni się moje marzenie - przeczytanie "Iliady" i "Odysei" spisanej przez Homera, "Dziejów" Herodota, czy "Wojny peloponeskiej" pióra Tukidydesa.

Jednak dzisiaj chcę zabrać Was w podróż w czasy jeszcze odleglejsze, czasy bajecznej starożytności. Naszym przewodnikiem i opiekunem będzie filolog klasyczny, wybitny znawca kultury antycznej, a ponadto znakomity mówca - Tadeusz Zieliński.
Zaczarowani jego pisarskimi umiejętnościami przenoszenia w czasie dajemy od pierwszej strony wciągnąć się w wir przygód, wypadków i niespodziewanych zdarzeń, które przeżywają bohaterzy "Starożytności bajecznej". Znani nam : Herakles, Achilles, Tezeusz powracają z krainy zapomnienia, by znów przeżyć niekończące się przygody i chwalebne pojedynki.
Tutaj radość przenika się z cierpieniem, a miłość bez uprzedzenia zastępowana jest przez nienawiść.
Tutaj Hellada lśni w blasku dawnych dziejów.

Zieliński w niezwykły sposób przedstawił mitologię grecką, tak dobrze znaną każdemu spadkobiercy antyku. Opowiada popularne mity o wojnie o trojańskiej, Argonautach, pracach Heraklesa, czy podróży Odyseusza ale także przywołuje nieznane lub zapomniane postacie, których życie było równie niezwykłe jak tych najznakomitszych córek i synów Zeusa.
Z Hadesu przybędzie Kadmos i Harmonia, Andromeda i Perseusz, Alkmena, Chejron i wiele, wiele innych bohaterów. Staniemy się świadkami ich życia, niezwykłych czynów, śmierci i wpływie każdego z nich na losy potomków.

Autor uczy nas także, że ważność mitologii nie przeminęła z końcem antycznego świata. Wiele z prawd zawsze będzie aktualnych. Mity mają nam pomóc i przestrzec przed pychą, lekceważeniem praw boskich i ludzkich. Są ogromną kopalnią wiedzy o człowieku, w którego żywot starożytni wpletli zdarzenia nadprzyrodzone.

Współczesny człowiek na nowo powinien odkrywać bogactwo starożytnego świata. Odnowić w sobie człowieka, którego korzenie sięgają do czasów antycznych. Pokochać piękną Helladę, która nauczyła nas tak wiele i do tej pory czaruje czystym pięknem upadłej cywilizacji.


Cytat pochodzi z książki Tadeusza Zielińskiego "Starożytność bajeczna", Wyd. "Książnica", Katowice 2005.

sobota, 22 stycznia 2011

Aleksander Dumas "Czarny tulipan"

Pewnie jeszcze kilka lat spędziłaby ta książka na mojej bibliotecznej półce, coraz bardziej zapominana, spychana w dalszy kąt , gdyby nie pewne wydarzenie.
Nie przystoi ono zupełnie molowi książkowemu, ale raz na jakiś czas człowiek w desperacji odrzuca wszystkie lektury (zdaniem niego) zbyt grube, czyli liczące ponad 300 stron. Idąc tym tropem zauważyłam w swojej biblioteczce książkę niepozorną, ale jak się okazało niezwykle przyjemną w czytaniu.

Mowa o "Czarnym tulipanie" , powieści Aleksandra Dumasa - ojca. W czasie czytania przeniosłam się siedemnastowiecznej stolicy Niderlandów - Hagi. Tam właśnie 20 sierpnia 1672 roku miała miejsce śmierć dwóch wielkich polityków, a  zarazem przeciwników księcia Wilhelma Orańskiego - braci de Witt.Te historyczne wydarzenia, uważane obecnie za najwstydliwsze w całej historii kraju stały się kanwą, na której Dumas oparł swoją literacką powieść.

Głównymi bohaterami bowiem nie są (jak należało by zakładać) bracia de Witt, ani Korneliusz van Baerle, który miał to nieszczęście być chrzestnym synem jednego z nich ale ... czarny tulipan.
Nie, to nie metafora literacka, ani pseudonim jednej z postaci. Mam na myśli prawdziwy czarny tulipan, który w wieku XVII uważany był za niemożliwy do wyhodowania. Jak to często bywa upór i konsekwencja doprowadziły po wielu latach żmudnych prób poznanego nam wcześniej Korneliusza- utalentowanego hodowcę do otrzymania trzech cebulek, które mają w jego zamyśle mieć kolor czarny, jak heban.
Właśnie wtedy do skromnego domku hodowcy tulipanów wkrada się wielka polityka i niszczy jego wszelkie plany.

My natomiast zostajemy porwani w wir zdarzeń, które zapoczątkują owe trzy cebulki. Poznamy argumenty przemawiające za wyższością Róży nad tulipanem oraz do czego może doprowadzić zwykła lorneta, gdy znajduje się w zazdrosnych rękach konkurenta. Będzie groźnie i niebezpiecznie, ale również niezwykle ciekawie.
Gdy dodamy do tego piękny język oraz wątek miłosny stanie się to utwór obowiązkowy dla każdego miłośnika lekkiej powieści historycznej.


Zdjęcie pochodzi ze strony : http://www.digart.pl/praca/3637796

czwartek, 20 stycznia 2011

Joe Alex "Ofiarujmy bogom krew jego"






















Tak sobie właśnie myślę, że doniosłym celem mojego bloga będzie odszukiwanie i recenzowanie książek, o  których mówiąc najoględniej nie wspomina się. Mam na myśli utwory przykryte już przysłowiową, albo jak najbardziej rzeczywistą warstwą kurzu, "trącące myszką", nie wznawiane od lat, albo w jakikolwiek inny sposób zapomniane.

Zgodnie z tym postanowieniem przedstawiam Wam dzisiaj właśnie taką zapomnianą już po części książkę. Mowa o niewielkim rozmiarem , bo tylko 87-stronicowym utworze Macieja Słomczyńskiego, tworzącego pod angielskim z brzmienia pseudonimem - Joe Alex .
Powieść ta, jest pierwszą z cyklu "Czarnych okrętów" , opowiadającym o Białowłosym- chłopcu o nienaturalnej na obszarach Bliskiego Wschodu "... skórze tak jasnej jak kość słoniowa i włosach białych niemal jak włosy starca, choć są one młode jak on sam...".
Poznajemy go w chwili duchowego dorastania, gdy pod nieobecność ojca musi po raz pierwszy sam wypłynąć na połów. Ciężkie i wymagające dużego doświadczenia przedsięwzięcie zakończone zostało pełnym chwały sukcesem. Kiedy zmęczony chłopiec wraca  z trofeum do domu nagle rozpętuje się burza. Od brzegu , na którym czeka na niego matka dzieli go kilkaset metrów, ale burza nieubłagalnie postępuje naprzód. Czy dopłynie, zanim na morzu zapanuje złowroga cisza...?

Alex niezwykle ciekawie opisuje przygody naszego głównego bohatera w czasach starożytnych. Razem z nim odwiedzamy potężne państwa tamtych czasów - Troję, Egipt, kraj "purpurowych ludzi", czyli Fenicję. Szybkie zmiany akcji powodują , iż książkę czyta się niezwykle szybko i z pełnym zainteresowaniem. Z wielką chęcią sięgnę po drugą część cyklu - "Oto zapada noc mroczna", gdyż część pierwsza zakończyła się dwuznacznie i tajemniczo.

Odkurzcie tą niepozorną powieść, a zapewniam Was, że w zamian otworzy przed Wami wrota starożytnych przygód .


Cytat pochodzi z książki Joe Alexa "Ofiarumy bogom krew jego" , Biuro Wydawnicze "Ruch", Warszawa 1972

wtorek, 18 stycznia 2011

"Gdzie mój dom?" Anna Glińska

"A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu..."


Któż z nas nie zna jednego z najpopularniejszych poetów ubiegłego stulecia - Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Autora absurdalnego "Teatrzyka Zielona Gęś" , a zarazem mojego ulubionego wiersza (a ściślej: ulubionego tego autora) "Prośba o Wyspy Szczęśliwe", którego pierwszą strofę możecie podziwiać powyżej.
Konstanty to poeta o niezwykle złożonej osobistości, trudnej do oceny. Wszystkich miłośników jego twórczości, ale także przeciwników zachęcam do obejrzenia jednej z "Errat do biografii" poświęconej właśnie jego twórczości.

Jak pisałam, o Konstantym słyszeliśmy wszyscy, albo prawie wszyscy. Mało jednak ludzi wie, że jego żona, pani Natalia Gałczyńska (publikująca swoje dzieła pod pseudonimem: Anna Glińska) również była pisarką, autorką książek dla dzieci i młodzieży. Wczoraj miałam możliwość przekonać się o wartości jej pisarskiego rzemiosła.

Książka przyszła do mnie aż z okolic Poznania. Poszukiwana od dawna, ale mimo to ciągle nieuchwytna. Jakby się prawie 40 tysięcy egzemplarzy zapadło się w ziemię.
"Gdzie mój dom?" to sentymentalna opowieść o wartościach takich jak : miłość, dobroć, przyjaźń, troskliwość. Poznajemy osiemnastoletnią, zagubioną Joannę, której całe życie było pasmem niepowodzeń - począwszy od spraw szkolnych, po domowe. Brak zrozumienia ze strony najbliższych , brak poczucia własnej wartości oraz nie dostanie się na wymarzony kierunek studiów spowodowały podjęcie dosyć dramatycznej decyzji - wyjazdu do nieznanej ciotki na Południową Półkulę, czyli do Argentyny.
Nasza bohaterka w trakcie podróży statkiem zmienia się ; dorasta, zakochuje się...
Ale ta idylliczna podróż ma swój koniec. Co czeka ją na miejscu? Czy znajdzie tam upragniony dom?

Rozpoczynając tą powieść szłam w nieznane, co jest dosyć charakterystyczne dla czytanej przez nas pierwszy raz książki danego autora. Autorka dosyć dobrze tworzy atmosferę niepewności , zagubienia , charakterystyczną dla głównej bohaterki. Z prostotą mówi o ważnych uczuciach, nie sprowadzając ich do patosu. Ale jednak... jednak brakuje mi w tej powieści jakieś kropki nad "i" , jakiegoś zdania, zawierającego głęboki sens. Zbyt dużo tutaj urwanych, chaotycznych myśli. To tak, jak czuć coś, a nie umieć tego napisać słowami.

Ale jednak warto. Dla samego odkurzenia tej niepozornej książeczki, aby "ocalić od zapomnienia..."


Dziękuję drogiej Ani za wypożyczenie.

sobota, 15 stycznia 2011

Artur Rubinstein "Moje młode lata"

" Byłem człowiekiem szczęśliwym! Ośmielam się jednak twierdzić ,że nadal jestem najszczęśliwszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem (...). Moja koncepcja szczęścia narodziła się tamtego posępnego dnia w Berlinie, wkrótce po owej samobójczej próbie. Był to rodzaj objawienia, ale od tamtego czasu nauczyłem się życie kochać b e z w a r u n k o w o... "

Lubię muzykę klasyczną, na czele z romantycznym Chopinem w ulubionym koncercie fortepianowym e-moll. Jest to swego rodzaju bunt przeciwko zalewającemu nas potoku tandety, wulgarności i zupełnemu brakowi kultury. A Chopin w umie sprawić, że odkrywam w sobie nieznane mi wcześniej uczucia i myśli. On odczytuje tajemniczą stronę mojego istnienia.

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć Wam o niezwykłym człowieku, wirtuozie fortepianu, a poza tym mężczyźnie o bardzo barwnej osobowości - Arturze Rubinsteinie. Jego autobiografia dementuje wszystkie moje wyobrażania o zawodzie pianisty . Zawsze wyobrażałam sobie, że człowiek posiadający taki dar musi bardzo różnić się od reszty ludzi - być niezwykle wrażliwy, skupiony na sztuce, żyjący w świecie muz. Jakież było moje zaskoczenie, gdy dowiedziałam się, że Rubinstein mimo jego wszystkich zalet był człowiekiem pochłanianym przez namiętności; rozrzutnym ,przesadnie nierozsądnym oraz wielkim miłośnikiem płci pięknej. Może jednak dzięki temu tak bardzo rzeczywistym i bliskim?

Bardzo dobrze czytało mi się jego autobiografię- pochłaniającą opowieść o życiu jednym z najwybitniejszych i najpopularniejszych ludzi ostatniego stulecia. Autor opowiada wszystkie te wydarzenia (czasami bardzo intymne!) z punktu widzenia człowieka, który z przysłowiowego "nie jednego pieca" jadł już chleb i doświadczył wszystkiego w życiu.
Muszę również zwrócić uwagę na genialną pamięć Mistrza - relacjonuje on wydarzenia, które rozgrywały się przeszło 70 lat temu! Przy tak aktywnym i barwnym w niezwykłe osobistości ludzi pamiętać o przyjacielach z młodości jest niezwykłym wyczynem.

Na kartach " Moich młodych lat" spotykamy sławne nazwiska polskie i zagraniczne. Długo byłoby wymieniać znajomych i przyjaciół człowieka, który obracał się w najwybitniejszych, arystokratycznych kręgach ówczesnej Europy. Do takich osób zaliczali się : Hiszpańska Rodzina Królewska ( sama Królowa Wiktoria Eugenia wypożyczała mu własny fortepian!), Pablo Picasso, Karol Szymanowski, Pablo Casals, Witkacy, Ravel, Emil Młynarski (jego późniejszy teść), Grzegorz Fitelberg, Ignacy Paderewski .Miał możliwość także poznać samego Józefa Piłsudskiego, późniejszego Marszałka, którego wspomina jako człowieka skrytego, niedostępnego. Na jego koncertach bywał także znany wszystkim miłośnikom literatury - Marcel Proust.

Jedyną wadą autobiografii jest to ,że kończy się wtedy, gdy czytelnik wsłuchany w niezwykłą powieść Rubinsteina zaczyna żyć jego życiem. Na szczęście, przychodzi nam z pomocą druga część zatytułowana "Moje długie życie" .
Nie mogę wprost się doczekać, gdy będę mogła znów popatrzeć na świat oczami człowieka, który przyjmował je całym sobą.

sobota, 1 stycznia 2011

Kazimierz Dziewanowski "Brzemię białego człowieka"






















" Na razie daleko jeszcze było do chwili, gdy Anglicy uzyskali to głębokie, podnoszące na duchu, a zarazem przepełnione pewną melancholią (...) przeświadczenie, że niosą na swych barkach - brzemię Białego Człowieka "

Zdarza mi się to nieczęsto. Tylko w nadzwyczajnych sytuacjach, gdy trzymam w rękach specjalne książki. Przy odwracaniu pierwszej kartki drżą mi dłonie i czuję wtedy coś dziwnego, a jednocześnie wspaniałego - rozpoczęcie się nowej , niezwykłej przygody.

"Brzemię białego człowieka" jest jak bukiet kwiatów. Tworzą go różnego rodzaju piękne rośliny- to ludzie, o oszałamiającym zapachu - to wydarzenia . To kwiat pachnie, to człowiek zmienia oblicze świata.

Kazimierz Dziewanowski, już we wstępie kreśli zdecydowanymi ruchami obraz książki i jego problematykę : " Nie zajmuję się w tej książce europejską historią Wielkiej Brytanii (...). Ma to natomiast być opowieść, jak zbudowano imperium. Kto to zrobił, w jaki sposób, jakimi metodami i w jakim celu..."
Czy można przejść obojętnie obok książki, która skupia się na tym, o czym obecnie już niewiele się mówi, ale tak naprawdę zadecydowało o kształcie obecnego świata?

Ja nie umiem. Wygrały tutaj moje historyczne zainteresowania i żądza wiedzy. Szczególnie, że utwór napisany jest niezwykle ciekawie, bardzo przystępnym językiem . Żadnych  niezrozumiałych terminów i dłużyzn.Czyta się jak powieść, z rosnącym zaciekawieniem. Jedyną różnicą jest to, że wszystkie wydarzenia przedstawione w "Brzemieniu...." są autentyczne. Ale to życie pisze podobno najbardziej niesamowite scenariusze.

Na kartach tej pokaźnej książki przedstawione zostały niezwykłe indywidualności. Niektórzy są nam bardzo dobrze znani ze szkolnej ławy, jak chociażby korsarz-admirał Francis Drake, czy generał Gordon.
Ale nie brak także postaci, którzy nie są znani szerszej publiczności, a mimo to, ukryci mieli wpływ na losy imperium, a  w dalszym biegu historii - także i świata.

"Brzemię białego człowieka" nie jest hymnem pochwalnym na cześć Wielkiej Brytanii i jej wielkiej przeszłości. Dziewanowski nie ocenia, tylko podaje argumenty za i przeciw.Wydaje mi się, że dopiero cudzoziemiec może w pełni obiektywnie przedstawić przeszłe dzieje danego narodu. Autor robi to z niezwykłym wyczuciem.  A nie pisze o sprawach prostych . Bo takimi nie są z całą pewnością ; imperializm, niewolnictwo, kolonializm a także przekonanie Anglików o własnej wyjątkowości , czy wybraniu ich przez Boga do głoszenia postępu, prawa i  cywilizacji. Słowa takie jak : "... jesteśmy pierwszą rasą na świecie i im większą część kuli ziemskiej zasiedlimy - tym lepiej dla ludzkości ..." nie pojawiają się często, ale mimo wszystko są obecne.
Jak ocenić je w obliczu wydarzeń II wojny światowej?
Autor poradził sobie w sposób godny najlepszego dyplomaty, którym nota bene był.

"Ostateczny bilans dziejów imperium, ich skrupulatne podsumowanie : było tyle dobrego, a tyle złego- nie jest chyba w ogóle możliwe i długo jeszcze trwać będą spory historyków.
My rozstajemy się z jego dziejami w chwili, gdy imperium osiągnęło apogeum, gdy wydawało się, że nikt nigdy nie sprosta jego potędze. Ale już pół stulecia później przestało ono istnieć."

W ostatnim zdaniu kieruje się do nas czytelników wypowiadając takie słowa, które mogą stać się  podsumowaniem i mojej recenzji : " ... Taka musi być puenta tej książki mającej tyle braków i ograniczeń- weźcie ją lub pozostawcie."



Wszystkie cytaty pochodzą z książki Kazimierza Dziewanowskiego "Brzemię białego człowieka" Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 1996