piątek, 30 grudnia 2011

"Nie ma końca. Nie ma początku. Jest tylko niezaspokojona pasja życia..." F.Fellini


Źródło
Święta minęły w ciepłej i rodzinnej atmosferze, zanim człowiek się obejrzał. Jutro huczny Sylwester i wejdziemy wszyscy w Nowy Rok 2012. Cieszycie się? Ja bardzo! Rok 2012 przyniesie mi wiele wyzwań, ale mam nadzieję, że również wiele radości, a już na pewno - dużo, dużo nowych i pięknych książek do przeczytania.
Na dzisiejszy wieczór przygotowałam szybkie podsumowanie czytelniczego roku 2011. Roku bardzo udanego pod względem doboru książek - znalazło się w nich kilka perełek, które będę długo pamiętać i z całą pewnością do nich wielokrotnie wracać.

Liczba książek przeczytanych ogółem: 80
Według języków oryginału :
-polski 49
-angielski 18
-francuski 5
-rosyjski 2
-niderlandzki 2
-chilijski 1
-hiszpański 1

Serie:
"Jeżycjada" tomy: 11-14
"Przygody Mikołajka" tom:4
"Czarne okręty" tom:1
"Gone:Zniknęli" tom:1
"Świat antyczny" tom:1
"Wojny Wikingów" tom:1
"Trylogia arturiańska" tom:1
"Sosnowe dziedzictwo" cały
"Książę mgły" tom:1

A teraz część najprzyjemniejsza :). Najlepsze książki 2011 roku:
"Lalka" Bolesław Prus -recenzja
"Moje długie życie" Artur Rubinstein - recenzja
"Zamówienie z Francji" Anna J. Szepielak - recenzja
"Zośka i Parasol" Aleksander Kamiński- recenzja
"Podmorska wyspa" Isabell Allende - recenzja
"Bohaterowie <<Kamieni na szaniec>> w świetne dokumentów" opr. Tomasz Strzembosz - recenzja
"Pamiętniki żołnierzy baonu "Zośka": Powstanie Warszawskie" Za proste, ale jakże sugestywne opowiedzenie o Powstaniu Warszawskim. Pełne mocy, ekspresji i siły - dla mnie szczególne.
"Niezłomny" Laura Hillenbrand - recenzja
"Mistrz i Małgorzata" Michaił Bułhakow - cóż tutaj napisać? Dzieło jedyne w swoim rodzaju.

Jednak gdybym miała wyróżnić jedno, jedyne, najważniejsze - wybrałabym "Zośkę i Parasol" Aleksandra Kamińskiego.

Chciałabym - już tak na koniec podziękować za Waszą obecność w ciągu całego roku - za wszystkie miłe komentarze i inne oznaki sympatii. Dzięki Wam mogłam świętować rocznicę blogowej działalności :).
Jednocześnie pragnę przeprosić za moją ciągłą abstynencję i to, że odwiedzam Was tylko wybiórczo i do tego - rzadko. Niestety, będzie tak jeszcze parę miesięcy, ale potem - na wakacjach wszystko sobie odbiję :).
I oczywiście:

Życzę Wam z okazji Nowego Roku wszelkiej pomyślności; dużo radości, szczęśliwych chwil, zdrowia i oczywiście - wielu wspaniałych książek do przeczytania . Do siego Roku !


Autor: Vladimir Volegov

niedziela, 11 grudnia 2011

Podróże, hej podróże!

Kiedy tak, jak dzisiaj świeci piękne słońce, delikatnie musujące moją twarz i tak jakby cichutko szepczące, że życie jest piękne w swojej codzienności- wszystko wydaje się prostsze. Cierpię na brak widocznych temperatur dodatnich, codziennej obecności słonecznej planety, która samym swoim istnieniem zwiększa ilość endorfin w moim organizmie. Następstwem tego jest czysta, niczym nie zmącona radość i chęć na działanie.
Zima, szczególnie po tureckiej przygodzie wydaje mi się czasem smutnym i wybrakowanym, mimo kojącej obecności Świąt.

Na długie, zimowe wieczory, kiedy siły do wtłaczania się w siebie "hektolitrów" wiedzy się skończą, włączam sobie nastrojową muzykę i...odpływam. Odpływam w nieznane za pomocą książek podróżniczych, które właśnie w tym okresie czasu są mi szczególnie potrzebne i bliskie. Tym razem zaprosiłam do opowiedzenia mi swojej historii duet znany i lubiany - Wojciecha Manna i Krzysztofa Maternę. Znani dziennikarze muzyczni, satyrycy, konferansjerzy, tym razem postanowili wspólnymi siłami napisać książkę. W niej zawarli swoje autobiograficzne wspomnienia, przeżycia z wielu podróży odbyte razem, ale także i osobno.

Na początku obaj panowie opowiadają nam historię podróży statkiem-legendą, czyli Batorym, na którym "nie obowiązywała magiczna godzina trzynasta". Statek wyposażony był w wygody zupełnie nieprawdopodobne dla człowieka socjalizmu, jak chociażby możliwość zamówienia lodu do napojów. To był malutki, ale zupełnie inny świat.
Jednak pobyt na rajskim statku nie był dla obu panów czasem, jak można by mniemać - radości i spełnienia. Jeżeli chcecie się dowiedzieć, z jakiego to powodu - zachęcam do lektury. Następne rozdziały obfitują w opisy innych wojaży, tych zaoceanicznych, czyli do Ameryki, Acapulco, a także do Tunezji, RPA, Węgier. Nie brakuje także wspomnień z naszych tradycyjnych polskich wycieczek.
Wszystkie opisy naszpikowane są dobrym humorem, dygresjami. Pisane są lekko i z przymrożeniem oka. Język, jakim posługują się autorzy - odzwierciedla ich charaktery i usposobienia - jest interesujący i iskrzący się dobrym humorem.

Książkę polecam dla osób pragnących oderwać się, chociaż na chwilkę od codzienności i jej problemów. Jest ładnie wydana, zawiera dużo zdjęć, dodatkowo wprowadzających nas w klimat wypraw. Ja ze swojej strony daję solidną czwórkę.

piątek, 25 listopada 2011

"Niezłomność zależy od ducha..."



"Chcieć to móc" głosi znane porzekadło. Chcieć czegoś, pragnąć, poszukiwać - to początek, na końcu którego znajduje się wyznaczony przez nas cel. "Chcieć czegoś" to dawać z siebie każdego dnia, walczyć i nie poddawać się przeciwnościom. Pragnąć, to znaczy - być silnym.
Jednak mocno trzeba c h c i e ć, by przeżyć wszystko to co Louis Zamperini? Co więcej - jak mocno trzeba pragnąć żeby przeżyć to wszystko i pozostać nadal człowiekiem? Człowiekiem pozbawionym destrukcyjnego uczucia zemsty, człowiekiem, który przebaczył, chociaż nigdy nie zapomniał.

Te pytania towarzyszyły mi w trakcie czytania "Niezłomnego", kolejnym dziele (po "Niepokonanym Seabiscuit") amerykańskiej autorki Laury Hillenbrand. Książki niezwykłej, szokującej, skłaniającej do myślenia, a jednocześnie bardzo dobrze napisanej i w jakiś sposób "lekkiej" mimo tematycznego obciążenia. Książki, może nie idealnej, ale zdecydowanie zasługującej na uwagę i dla mnie osobiście - jednej z najlepszych w tym roku.

Kiedy tak zastanawiałam się nad jej niepowtarzalnością, pomyślałam, że to w dużej mierze zasługa historii "jednej na milion" Louisa Zamperiniego:
Chłopca, któremu wróżono kryminalną przyszłość,
Sportowca, który miał pobić sławne 4 minuty w biegu na milę,
Bohaterskiego żołnierza amerykańskich sił powietrznych w czasie II wojny światowej,
Rozbitka dryfującego po bezkresnych wodach Oceanu Spokojnego,
Jeńca wojennego przebywającego w kilku japońskich obozach nie bójmy się słów - śmierci.
Życie Zamperiniego tak bogate w doznania; cierpienie, ból, choroby, śmierć bliskich, a z drugiej strony - radość, powroty, miłość, ocalenie można by rozdzielić na kilka szarych istnień ludzkich. Ile przeżył Louis od dnia swoich urodzin - do teraz - niemożliwością jest streścić w kilku zdaniach. To opowieść potrzebująca co najmniej tyle, ile poświęciła jej autorka - siedem lat pracy i 437 stron druku. A z naszej strony - kilka dni na przeczytanie i następne kilka na przemyślenie historii życia człowieka, który utraciwszy wszystko - odnalazł siebie.

Historię Zamperiniego będę pamiętać przez lata - wiem o tym na pewno. Gdy tacy ludzie, pojawią się już w naszych głowach i co więcej- sercach, nie można ich tak łatwo wyrzucić, tak po prostu o nich zapomnieć. Takie opowieści przyciągają, magnetyzują, zaciągają w świat ich doznać, przeżyć, doświadczeń. Uczą nowego spojrzenia na świat oraz na siebie samego. Własne przeżycia i doświadczenia, chociaż wydają się takie nikłe w porównaniu do ich własnych nabierają jednak osobistego sensu.
To jest prawdziwy cel biografii - ukazywać historię innych ludzi tak, jakby była naszą własną. Laura Hillenbrand wywiązała się z tego zadania znakomicie. Louis jest mi niezwykle bliski, jako człowiek. Stał się on także dla mnie kimś  w rodzaju nauczyciela, promotora mówiącego cicho, ale stanowczo: "człowieka złamać nie można, jeżeli tylko nie da się złamać", "człowiek jest silny", "możesz więcej, niż przypuszczasz...". Ten głos wzywa do walki z własnymi wadami, ale także bolączkami tego świata. Kieruje ku nam słowa aktywności i odwagi.

Mogłabym napisać prościej, zwyczajnie i szaro - z całego serca polecam "Niezłomnego". Ale to nie byłoby w stylu życia Zamperiniego, nie w stylu pięknie wydanej książki, którą mam przed sobą. Lepiej będzie, gdy szepnę tajemniczo : "Posłuchaj; człowieka złamać...."
----

Zapomniałam dodać, że istnieje możliwość zapoznania się w fragmentami książki:
http://www.znak.com.pl/wirtualnaksiazka,id,3125

niedziela, 20 listopada 2011

"Historia ma zwyczaj zmieniać ludzi, którzy myślą, że ją zmieniają", czyli o tym że sztuką jest napisać dobrą biografię.

Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu?
Tylko we Lwowie!
Gdzie pieśnią cię budzą i tulą do snu?
Tylko we Lwowie!
Czy bogacz, czy dziad jest tam za pan brat
I każdy ma uśmiech na twarzy!
A panny to ma słodziutkie ten gród,
Jak sok, czekolada i miód!
Więc gdybym miał kiedyś urodzić się znów,
Tylko we Lwowie!
Bo ni ma gadania i co chcesz, to mów,
Ni ma jak Lwów!*


Ta optymistyczna i pełna radości piosenka śpiewana przez Szczepcia i Tońcia - lwowskich batiarów w filmie pod tytułem "Włóczęgi" stała się iskrą, która zdecydowała o wyborze książki "Aleksander Czołowski 1865-1944: luminarz lwowskiej kultury" autorstwa Iwony Zimy. Ogarnęła mną przemożna ochota znalezienia się znów w tym Lwowie, opisanym już przez tylu autorów, z moim ulubionym Kornelem Makuszyńskim na czele.
Chciałam poczuć jego szczególny klimat, odnaleźć piękne miejsca i tamtych ludzi - lwowiaków. Nie wiedziałam w jaki  dokładnie sposób mogłabym to osiągnąć, ale taki cel i wyobrażenie spowodowało, że postawiłam autorce bardzo wysoko poprzeczkę. Jak się później okazało - zbyt wysoko.

Iwona Zima w swoim debiucie literackim przedstawia biografię Aleksandra Czołowskiego - historyka i archiwisty, kolekcjonera, dyrektora Muzeum Historycznego Miasta Lwowa i Muzeum Narodowego we Lwowie. Postać znaną w inteligenckich kręgach tamtych czasów, człowieka związanego bardzo ściśle z kulturą polską, szczególnie z kulturą miasta Lwowa. Cieszę się, że znalazła się osoba, która chciała przypomnieć postać zapomnianego doktora Czołowskiego. Książka została wydana elegancko - twarda okładka, grubszy papier, jednak te zewnętrzne cechy nie mogą przysłonić występujących z rzadka, ale jednak - literówek.

Jestem świadoma, że pisanie biografii to praca żmudna. Szczególnie uciążliwa, gdy nie ma się wystarczających źródeł, na których można by ją oprzeć. Iwona Zima we wstępie mówi: "Istnieją elementy i aspekty życia zarówno prywatnego, rodzinnego, jak i zawodowego, których nie znamy, nie możemy ich wyjaśnić oraz do końca poznać".
Mimo to autorka stworzyła ponad 300-stronnicową biografię. Jednak to nie o ilość powinno tutaj chodzić. Przyznam się szczerze, że pod koniec byłam już zmęczona ilością informacji, często suchych i powtarzanych. Autorka cytuje kawałek listu Czołowskiego, albo jakiś inny dokument, po czym streszcza go własnymi słowami. To według mnie całkowicie zbędne pisanie na ilość. Dodatkowo wszystkie informacje, tak dokładnie ułożone (wręcz skatalogowane!) w rozdziały i podrozdziały są podane bez krztyny uczucia. Sama postać została przedstawiona bez jakichkolwiek emocji, zupełnie neutralnie. Mam całkowicie obojętny stosunek do niego, jak i do jego działań, które naprawdę nie są przeciętne. Czołowski pracując, jako członek Mieszanej Polsko-Sowieckiej Komisji Specjalnej i Rewindykacyjnej przyczynił się w sposób niepospolity do zwrotu wywiezionych skarbów kulturalnych z terytorium Polski w czasach zaborów.
Muszę jednak zaznaczyć, że podobał mi się fragment, opowiadający o sytuacji Lwowa w trakcie jej obrony w roku 1918 roku, gdzie bohaterską postawę ukazała młodzież, czyli Orlęta Lwowskie. Spisane krótkie relacje tamtych wydarzeń przez Czołowskiego i zamieszczone w książce przeczytałam z ciekawością. Podobnie było "Zakończeniem" i opisem sytuacji Lwowa w czasie II wojny światowej - okupacji Związku Sowieckiego i III Rzeszy. Reszta nie wzbudziła mojej aprobaty, nie sprawiła radości, która przecież nierozłącznie kojarzy mi się z czynnością czytania.
Pragnienie odnalezienia Lwowa niestety nie zostało zaspokojone. A to był prawdziwy sens moich poszukiwań ; czegoś, czego się nie zapomina, nie wypada z głowy , ale daje poczucie przeniesienia się w czasie, odnajdowanie siebie w przeszłości. Cóż, będę szukać dalej.

*Fragment piosenki "Tylko we Lwowie", słowa: Emanuel Schlechter, muzyka: Henryk Wars
Cytat z tytułu jest autorstwa Terrego Pratchetta i pochodzi z książki "Równoumagicznienie" .
Fragment pochodzi z książki Iwony Zimy pt. "Aleksander Czołowski 1965-1944: luminarz lwowskiej kultury", wyd. Novae Res, 2011.

wtorek, 15 listopada 2011

W Błękitnym Zamku przeżyć jeden dzień... rocznicowo.

Takie to proste - wrócić. Niekiedy okazuje się jednak niezmiernie trudne, trudniejsze niż sięgnięcie po raz pierwszy. Powroty książkowe są aktem odwagi i próby zmierzenia się z przemijalnością czasu i zmianami w człowieku. Wraca się ze szczególnymi wątpliwościami do książek ukochanych z czasów dzieciństwa czy młodości bojąc się, że wszystko co wtedy stanowiło ich czar i urok rozpłynęło się w rozczarowaniach rzeczywistości.
Ja cenię sobie powroty. Czytana po raz kolejny książka nabiera większego sensu; ukazuje się jej wielopłaszczyznowość, niekiedy ironia, czy specyficzny styl. Zawsze też przywołuje wspomnienia z tego czasu, kiedy czytało się ją pierwszy raz - emocje, wyobrażenia. Przeczytane w tym czasie inne książki odbijają się w tej jedynej, szczególnej, tak jak odbijają się w nas i naszym rozumieniu. Tak, zdecydowanie powroty mają swój ogromny urok.

Wróciłam - jak to prosto powiedzieć do "Błękitnego zamku", kanadyjskiej pisarki Lucy Maud Mongomery. Wróciłam zupełnie spontanicznie odczuwając silną potrzebę odświeżenia wiadomości z kochaną Joanną Stirling. Nie odczuwałam tym razem wątpliwości - byłam pewna, że powieść znów mnie zaczaruje tak jak po raz pierwszy. Wierzę, że niektóre rzeczy się nie zmieniają, a specyficzność "Błękitnego zamku" jeżeli porównać go do innych utworów, jest tak oczywista i właśnie dlatego szczególna. Miłośnicy twórczości Montgomery zajęli się wypunktowaniem różnic w odniesieniu do wszystkich innych dzieł. Nie zamierzam ich tutaj przedstawiać, chciałabym jednak zwrócić uwagę na jedno - miejsce. Powieść "Błękitny zamek" nie rozgrywa się na Wyspie Księcia Edwarda, ojczyźnie autorki, zasiedlonej przez nią wieloma pięknymi postaciami, począwszy od Ani Shirley skończywszy na Historynce lub Kilmeny. Jeżeli miłośnik pięknej wyspy uważa, że powieść na tym straciła stwierdzam z całą pewnością - jest w błędzie.
Wyspa na brzegu Mistawis, którą sportretowała tak przekonywująco pisarka jest równie urocza, a co więcej - oryginalna. Czy można się nie zachwycić opisem wysepki, w którym płyną jak zaczarowany strumień takie słowa : "zdawało się wtedy człowiekowi, że lada chwila spotka go coś cudownego. Jeszcze jeden pagórek, jeszcze tylko ten drugi, a odsłoni się jakaś czarowna tajemnica."?  
Jednak piękne opisy nie grają tutaj pierwszoplanowej roli. Mnie zachwyciła szczególnie sama historia dwudziestodziewięcioletniej panny Joanny Stirling - zahukanej, potulnej córki autorytatywnej matki i ciotki, popychanej i lekceważonej przez resztę rodziny. Co biedna Joasia musiała w czasie swojego samotnego życia znosić, Bóg raczy tylko wiedzieć. Wszystko jednak odmieniło się za sprawą tajemniczych bólów serca nawiedzających bohaterkę. Diagnoza lekarska przedstawiona w liście brzmiała jak wyrok - nieuleczalna choroba, rok życia.
Co robi nasza bohaterka? Nie poddaje się w żadnym razie, przechodzi metamorfozę i...zamierza przeżyć ten rok, rok który jej został - naprawdę. Odrzuca krępującą ją matkę i rodzinę, walcząc za pomocą swojego ciętego języka i dużej dawki ironii, wywołuje towarzyskie skandale, zrywa z pruderią i zakłamaniem. Jednym słowem - zaczyna żyć po swojemu.

Piękna i szczególna jest dla mnie ta powieść; czytana kilka lat temu zachwyciła mnie całkowicie, do tej pory mam do niej wielki sentyment. Dzieje Joanny uczą, że nigdy nie należy się poddawać, a prawdziwe szczęście czeka tuż za rogiem w osobie niepozornego człowieka. Niewielka książeczka zawierająca tyle pięknych opisów, ciekawych zdarzeń i humoru znalazła szczególne miejsce w moim literackim sercu. Dla mnie jest ona niejako podsumowaniem całej twórczości Maud Montgomery. Tutaj skupiają się jej najlepsze cechy, jako pisarki i kobiety - odpowiednie obserwowanie rzeczywistości i rodzinnych zależności, uchwycenie piękna świata ; radości jutrzenki i milczenia zachodu.
Wiem, że niejednokrotnie wrócę, aby kolejny raz poczuć bliskość miejsca nadziei - Błękitnego Zamku.
----

Idąc sobie dzisiaj, a może raczej uciekając przed szczypiącym w policzki i przejmującym zimnem listopadowego dnia uświadomiłam sobie, czy to pod wpływem owego zimna, czy zupełnie innych czynników, że zapomniałam o rocznicy! 13 listopada bieżącego roku minął bowiem ROK od kiedy napisałam z bijącym sercem pierwszą notatkę na blogu. Cóż to były za emocje! Nie przypuszczałam wtedy, że blog stanie się światkiem mojego życia; światkiem radości i smutków, pięknego minionego czasu. 
Przede wszystkim chciałabym jednak podziękować WAM - za wszystkie przemiłe komentarze i wiadomości, za zawiązane znajomości - jednym słowem: za Waszą obecność. Dziękuję z całego serca!
Znów, po zmianach zaczynam czuć się tutaj jak w domu. Cudownym domu pełnym książek.
Autor: Vladimir Volegov.

sobota, 5 listopada 2011

Florencja w słońcu Italii...


Powtarzam to słowo raz po raz, chcąc nasycić się jego pięknością brzmienia : primavera, primavera, primavera... to brzmi jak muzyka : subtelny szelest pierwszych liści, słowa rozwijających się kwiatów, blask ciepłych promieni słonecznych otulających świat.
Oto wiosna.
Tym razem proponuję Wam wyobrazić ją sobie, tak jak zrobił to sam genialny malarz Sandro Botticelli:

La Primavera, Sandro Botticelli, 1482, Galeria Uffizi


"To scena ogrodowa - kilka postaci świętuje coś w sadzie pełnym drzew o okrągłych owocach - te owoce przypominają palle* z herbu Medyceuszy. Pod nogami mają miękką, sprężystą trawę. Szczególnie przyglądam się dwóm osobom. Daleko z lewej strony stoi przystojny, brązowowłosy młodzieniec. Na nogach ma sandały, z których wyrastają skrzydła. Wyciąga ramię i ostrzem swego miecza mierzwi chmury [...]. Na prawo od środka obrazu widnieje jasnowłosa bogini w białej, niemal przeźroczystej sukni, na której wyhaftowano mrowie maleńkich kwiatuszków. We włosach ma wieniec [...]. We fałdach sukni boginka chroni delikatne kwiatki, zaraz zacznie je rozsypywać [...]. Mężczyzna jest bladoniebieski i płynie w powietrzu. Dmucha w kierunku kobiety, ale jednocześnie rozwiera ramiona, jakby chciał ją pochwycić. Kobieta - jeszcze jedna, jasnowłosa piękność, ucieka przed nim, przerażona. Z ust wysypują się jej kwiaty [...]. Ta postać o niebieskiej twarzy to Zefir, bóg zachodniego wiatru, a ta przestraszona uciekinierka, to Chloris - dziewczyna, którą do dziś byłam ja..."

Postać centralna obrazu renesansowego mistrza to Wenus - bogini miłości, odziana w czerwienie - piękna, bogata, ale smutna. Dzisiaj jednak nie ona będzie główną bohaterką naszej opowieści. Stanie się nią Chloris - jedna z córek Niobe, która według jednego z mitów ocalała z pogromu spowodowanego przez Apolla i Artemidę. Od dzisiaj jej prawdziwe brzmi dla mnie : Lorenza Pazzi, którą wszyscy nazywali zawsze Florą.
To właśnie ona jest czołową postacią powieści "Primavera" autorstwa debiutującej Mary Jane Beaufrand, z którą wyruszyłam w daleką podróż do Florencji końca wieku XV. Miejscu niezwykle pięknym, ale jednocześnie przerażająco niebezpiecznym, kryjącym straszne tajemnice... Wiedzę, której lepiej nie ujawniać, znajomości do których nie wolno się przyznawać, za cenę własnego życia.
Flora Pazzi opowiada nam historię swojego życia, gdzie daje nam dowód na to, że przynależność do drugiego z najlepszych rodów Florencji nie zobowiązuje do szczęśliwego dzieciństwa. Najmłodsza z jedenaściorga rodzeństwa; niezauważana, odrzucona i niekochana przez obojga rodziców mała Flora znajduje miłość w osobie swojej starej nonny - babci. Dorasta razem z nią - w kuchni, z posługaczkami i robotnicami. Przygląda się służbie nonny potrzebującym, którym mogła służyć dzięki swoim zielarskim zdolnościom.
 Znajduje wytchnienie w tracie pracy w ogrodzie, który jest jej celem i wielką miłością, jak prawdziwej bogini kwiatów. Jednak ten spokojny czas dobiega końca, gdy wychodzi na jaw, że spisek mający na celu obalenie rządzącego rodu Medyceuszy jest autorstwa jej własnego ojca. A przeznaczeniem Flory było odegrać w nim niemałą rolę. Cały ród Pazzich zostaje skazany na stracenie i zapomnienie. Wyrok zostaje wykonany z dużą starannością. Nikt nie wie jednak, jak wygląda najmłodsza z rodu Pazzich; nie pokazywana, którą nie można odnaleźć...

Obrazy mówią własnym głosem i pobudzają wyobraźnie w niezwykły sposób. To właśnie obraz Botticelliego pobudził wyobraźnię autorki do stworzenia swojej powieści. Bardzo dobrej powieści, zresztą. I nie mówię tutaj o jej historycznym tle, opartym jak przyznała się sama autorka tylko na tekstach źródłowych. Do Florencji wybrała się w podróż, gdy książka była już kompletna, więc dużo w niej jest subiektywnych opisów i własnego postrzegania przez autorkę pewnych rzeczy. Sama zresztą postać Flory jest fantastyczna, tak jak i większość zdarzeń. Wiem o tym, ale mimo to czytałam ją z niekłamaną przyjemnością, gładząc przepiękną okładkę i zaczynając żyć życiem Flory; przenosząc się pięćset lat wstecz. Przeżywając jej cierpienia - śmierć ukochanych osób, niezrozumienie i odrzucenie. Ale również jej odwagę, wolę przetrwania i siłę, a później wszystko to co nastało w jej życiu pięknego.
Wtedy, gdy stała się Primaverą...


* palle - kule - symbol herbowy Medyceuszy

Cytat pochodzi z książki "Primavera" Mary Jane Beaufrand, tł. Grzegorz Komerski , wyd. Jaguar, Warszawa 2009 

niedziela, 23 października 2011

"Za jego życia (...), nikt nie był ciekawy jego pamięci" - opowieść o Tadeuszu Romerze

Czytanie książek pobudza mnie do poszukiwań. Poszukiwań ludzi, słów, miejsc, zabytków.
Zwłaszcza ludzi i to tych w jakiś sposób zapomnianych, niedocenianych. Lubię czytać ich autobiografię o ile są, a jak nie to stworzone przez innych biografie. Zatracam się w ich historii, czasach, języku. Zauważam ich punkt widzenia, porównuję, analizuję i dojrzewam.
Jednak najważniejszy jest fakt samego poznania.
Dzisiaj, co jest następstwem zmian blogowych chciałabym wprowadzić coś nowego również tematycznie. Nic wielkiego, w żadnym razie. Wypłynęło to nagle, z potrzeby serca, by wiedzy, którą się zdobyło nie zatrzymywać, ale przekazywać dalej.
fot. archiwum rodzinne
A wszystko dzięki książce Dariusza Baliszewskiego "Trzecia strona medalu", użyczonej mi przez Alę (dziękuję serdecznie!). Czytając ją natrafiłam na dziesiątki nazwisk. Zapisywałam je skrzętnie, by dowiedzieć się więcej. Taki był początek mojej znajomości z Tadeuszem Romerem.

"Za jego życia (...), nikt nie był ciekawy jego pamięci"

Niedługo, bo 6 grudnia minie 117 rocznica urodzin Tadeusza Romera. Polskiego dyplomaty z ogromnym doświadczeniem, świadka historii wieku XX, człowieka honoru i wielkiej odwagi, prawdziwego bohatera.
Przyszedł na świat w rodzinie ziemiańskiej i jak sam wspomina:
"Nazwisko Romerów na Litwie, w przeciwstawieniu do Romerów z Małopolski czy Galicyjskich , którzy  są innego pochodzenia i herbów , pisało się Römer.
Rodzina nasza była pochodzenia Saskiego. Römer po niemiecku znaczy Rzymianin, co wskazywałoby jakieś punkty zaczepienia tego rodu  z Rzymem – miastem lub krajem.
Po odrodzeniu Polski , gdy wybuchła niepodległość, mieliśmy zjazd rodzinny , któremu przewodniczył nasz senior ówczesny , Eugeniusz Romer (...) .Zapadła wówczas decyzja , żebyśmy zrezygnowali z umlautu tak , żeby nie było żadnych wątpliwości co do wymowy naszego nazwiska i żeby nie było żadnych wskazówek , że wiąże się ono z niemieckim pochodzeniem ."

W takiej to rodzinie, o silnych nastrojach patriotycznych wzrastał przyszły dyplomata. Jednak niedługo mógł cieszyć się szczęściem i spokojem rodzinnym. Bardzo wcześnie, bo już w wieku 5 lat traci ojca - Bronisława Romera. Matka umiera trzy lata później.
Po przedwczesnej śmierci rodziców przenosi się do Krakowa, do rodziny Konstantego Przewłockiego, przyjaciela ojca. Maturę zdaje w 1913 roku, po czym wyjeżdża studiować prawo i nauki społeczno-polityczne na szwajcarskim uniwersytecie w Lozannie.
Młody, przystojny i inteligentny Polak zostaje szybko zauważony w środowisku w emigrantów. W 1915 roku zostaje sekretarzem Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce. Działa w nim wiele wybitnych osób z dziedziny polityki i kultury. Poznaje Henryka Sienkiewicza, który piastuje urząd prezesa oraz Ignacego Paderewskiego. Gdy w roku 1917 powstaje Komitet Narodowy Polski w Paryżu (uznawany przez Francję jako jedyną reprezentację narodu polskiego) Romer zostaje powołany na osobistego sekretarza Romana Dmowskiego. Dwa lata później zostaje mianowany pierwszym sekretarzem poselstwa polskiego w Paryżu. W 1921 roku wraca do Polski, a w 1925 bierze ślub z Zofią Wańkowiczówną. Dodam jako ciekawostkę, że ówcześni dyplomaci, aby wstąpić w związek małżeński musieli otrzymać odpowiednią zgodę. Niektóre państwa zabraniały ślubów z przedstawicielami innych narodów.
Jego kariera nabiera tempa, co również wiąże się z wielokrotną zmianą miejsca zamieszkania. Wyjeżdża do Rzymu, a następnie do Lizbony. W roku 1937 Rzeczypospolita powierzyła mu jedną z najtrudniejszych polskich placówek dyplomatycznych w ówczesnym świecie - ambasadę w Japonii. Jak wspomina córka Tadeusza Romera:
 "Dopóki nie wybucha wojna, to panują normalne dyplomatyczne stosunki, normalne dyplomatyczne zwyczaje. Czyli piękne mundury, przyjęcia na dworze Cesarza, przyjęcia w ambasadzie polskiej."

 Warto zapoznać się z krótką, ale niezwykłą relację żony Tadeusza - Zofii, która wspomina wizytę u Cesarza.
Ambasada polska w Japonii "ku zaskoczeniu historii", cytując pana Baliszewskiego działa aż do roku 1941. W tym czasie Romer niezwykle aktywnie angażuje się w pomoc polskim uciekinierom, głównie Żydom, docierającym tutaj z terenów Generalnego Gubernatorstwa, Litwy, Łotwy i Estonii - nieznana karta w historii narodu, nieznana biografia bohatera.
fot.Wikipedia
Jakby tego było mało tworzy spis Polaków zesłanych na Syberię, dzięki kartką pocztowym wysyłanym na adres ambasady. Wszystkie te zadania były niezwykle trudne i odpowiedzialne (wszystkie dokumenty, tj. wizy były podpisywane jego nazwiskiem) , a jednak Romerowi udało się uratować , jak policzyli dzisiaj specjaliści kilkadziesiąt tysięcy ludzi!
Gdy w roku 1941 Japonia zrywa stosunki dyplomatyczne z Rządem Rzeczpospolitej na uchodźstwie, a Romer przenosi się wraz z rodziną do Szanghaju, gdzie po raz kolejny rozpoczyna opiekować się obywatelami polskimi, głównie pochodzenia żydowskiego.
W 1942 zostaje ewakuowany do Johannesburga. Niedługo później przychodzi wezwanie do objęcia w Rosji niezmiernie trudnego stanowiska Ambasadora P.R. W Afryce zostawia rodzinę, a sam leci do Kujbyszewa. W tych ogromnie trudnych czasach stara się być rzecznikiem i opiekunem wszystkich Polaków zesłanych do ZSRR. Misja ta dodatkowo była utrudniana przez duży opór ze strony władz radzieckich. Do jego wielkich sukcesów należy jednak zaliczyć uzyskanie zgodny na ewakuacje 600 polskich dzieci z ZSRR oraz wyjazd rodzin wojskowych, które nie zdążyły wyjechać z Armią Andersa. Później od tych dzieci otrzyma wzruszający list z podziękowaniami za niewątpliwie uratowanie życia.
W lutym 1943 roku ma miejsce najważniejsze wydarzenie trakcie trwania pobytu w Rosji. To nocna rozmowa ze Stalinem i Mołotowem na Kremlu. Wspomina:

"W mojej pamięci wspomnienie tej nocy połączone jest z odczuciem ogromnego napięcia uwagi i woli, by pod maską opanowania i swobody ukryć prawie że fizyczne poczucie jakiegoś niezmiernego osamotnienia i odpowiedzialności za ewentualne potknięcie, które grozić by mogło nie tylko niepowodzeniem mojego zadania, ale również najgorszymi następstwami dla powierzonych mej opiece zesłańców polskich w głębi Rosji."

W 1943 roku zostaje odkryta zbrodnia katyńska, a ambasada polska przestaje istnieć.
W tym czasie spotyka się z generałem Sikorskim i zostaje mianowany ministrem spraw zagranicznych w gabinecie premiera Mikołajczyka. Razem z nim w sierpniu 1944 jedzie do Moskwy, by walczyć o pomoc dla Powstania Warszawskiego. 

"To był najcięższy okres w moim życiu, w życiu wielu z nas, gdy miotani na przemian to nadzieją to rozpaczą patrzyliśmy z daleka, bezsilni, na bezprzykładną tragedię naszego narodu."

Po uznaniu komunistycznej władzy w Polsce przez państwa zachodnie staje się emigrantem. Przebywa w Wielkiej Brytanii. Tam przechodzi zawał serca. Po powrocie do zdrowia nadal działa społecznie. W 1948 roku emigruje do Kanady, gdzie zostaje wykładowcą, a później profesorem na Uniwersytecie w Montrealu. Pracuje na rzecz Polonii i przyszłej wolnej Polski.
Czuwa nad przechowanymi w Kanadzie Skarbami Wawelskimi, przewodniczy Stowarzyszeniu Imigrantów Wojennych. Pełni też funkcje dyrektora Centralnego Instytutu Naukowego w Ameryce i Polskiego Instytutu w Kanadzie.
Umiera 23 marca 1978 w Montrealu.

Chwileczkę usiądźmy i zastanówmy się nad Tadeuszem Romerem. Nad jego drogą życia, tak odpowiedzialną, którą rozumiał jako służbę, od której nie ma ucieczki, zwolnień ani emerytury. Niech jego historia ujrzy światło dzienne, bo na to zasługuje. Zasługuje na pamięć.
 
Źródła:

D. Baliszewski "Trzecia strona medalu", wydawnictwo Bukowy Las 2010

Strona internetowa - na przełomie roku 2006/2007 w Muzeum Wychodźstwa Polskiego im. Ignacego Jana Paderewskiego w Łazienkach miała miejsce wystawa poświęcona życiu Tadeusza Romera.

Zachęcam gorąco do odwiedzenia strony, dużo informacji i filmik, gdzie rolę przewodniczki pełni córka T. Romera.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Tadeusz_Romer

niedziela, 16 października 2011

"Zmiana następuje w jednym momencie, w mgnieniu oka!"





























Aż trudno mi w to uwierzyć, co zrobiłam. Zmieniłam całkowicie i nieodwracalnie moje miejsce w ogromnym, internetowym świecie. Moją Szarą Przystań.
Wzięłam sobie do serca słowa przemiłego staruszka Jonesa z ostatnio przeczytanej książki Andy Andewsa pt. "Mistrz", znanej molom książkowym dosyć dobrze:

 "Większość ludzi uważa, że na zmianę potrzeba dużo czasu. To nieprawda. Zmiana następuje w jednym momencie, w mgnieniu oka! Podjęcie decyzji o gotowości do niej może trochę potrwać... Ale sama zmiana trwa ułamek sekundy!"

Poszukiwania swojego szablonu były długotrwałe, nie miałam pojęcia, że aż tak będę wybredna! Ale szablon musi odzwierciedlać moją złożoność. Mój zachwyt w czasie czytania książek, ale także rozczarowanie. Tajemnicę i zwykłość. Radość i smutek. Musi być właśnie tym - częścią mnie.

Teraz powrót jest całkowity. Teraz wiem, że nie umiałam połączyć się z blogiem, który był świadkiem mojej przeszłości i mnie, innej mnie. Teraz jest już tak jak być powinno - ja i blog jesteśmy czymś, czym nie byliśmy wcześniej.

Obiecuję, że odwiedzać będę dalej i teraz częściej, mam nadzieję. Mimo, że skupiam się aktualnie na drodze ku mojej przyszłości to wierzę, że znajdę chwilę czasu na odwiedziny tych szczególnie mi bliskich. Dziękuję, że nie zapomnieliście o mnie, w trakcie dłuższej nieobecności. To bardzo miłe.

A teraz już wystarczy. Biegnę do swoich zajęć pozostawiając Was tutaj. W moim małym światku.

Obraz powyżej oraz wszystkie po stronie prawej są dziełami malarza Vladimir Volegov. 

wtorek, 11 października 2011

"Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego" Magdalena Grzebałkowska






















Magdalena Grzebałkowska, nieznana mi wcześniej reporterka, absolwentka historii na Uniwersytecie Gdańskim, co czyni ją osobą w jakiś sposób mi bliską, zdecydowała się na rzecz odważną, co przez niektórych uważaną za niemożliwą - stworzenie biografii księdza Jana Twardowskiego.  I zapytacie - "cóż w tym niezwykłego? Ksiądz Twardowski był poetą; osobą popularną, nagradzaną - to chyba oczywiste, że wcześniej, czy później powstanie jego biografia." Ja również byłam tego samego zdania, zanim zaczęłam czytać. Zanim zaczęłam.

Pięknie i elegancko wydana książka przyszła do mnie pewnego tygodnia. Niczego nieświadoma położyłam ją na jednej z wielu bibliotecznych półek. Rozgrzeszając się ( "kiedy ja to przeczytam?") stwierdziłam, że przyjdzie na nią czas.
I nadszedł - na szczęście.

Ksiądz Jan Twardowski. Jakie ogół społeczeństwa ma o nim wyobrażenie? Że żył i pisał, wiersze ( ze "Śpieszmy się" na czele). Nie dziwię się, poezja w dzisiejszych czasach jest mało popularna. Zresztą, sama muszę się przyznać do podobnej ignorancji, nad którą obiecałam pracować. Uwrażliwiać się. Ale Twardowski to nie tylko ksiądz, nie tylko poeta. To po prostu człowiek. I takiego właśnie - zwykłego w swej niezwykłości postanowiła opisać Autorka. Przeniosła na karty powieści odrobinę samego księdza; jego poetycką wrażliwość, poczucie humoru, ironię, ale najwięcej dobroć serca.
To nie hagiografia,  lecz obiektywna opowieść o wzlotach i upadkach życia. Jest mowa o powołaniu i jego konsekwencjach - codziennej samotności mimo mnogości przyjaciół
i codziennie odwiedzających go osób. O jego fascynacji kobietami, współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa. O księdzu wypowiadają się osoby, które go znały przez szereg lat, bliskie mu, rozumiejące go, chociaż w jakiś sposób "szuflatkowane",
Autorka pisze:
"Kolekcjonował przyjaciół. Wysyłał im liściki i zabawne zdania na przedwojennych pocztówkach. Pielęgnował stare przyjaźnie, zawierał nowe ..." Warto tutaj  wspomnieć
o chociażby niektórych z przyjaciół "księdza od biedronek":
Anna Kamieńska była przyjaciółką od Boga,  Gustaw Wuttke (ojciec moich znanych chłopców z batalionu "Zośka" - Jana i Tadeusza!) był od przyrody, Anna Świderkówna od Biblii, Jerzy Zawieyski od kontaktów ze światem literackim. Pięknie grono wybitnych osobistości.
Nie obeszło się także bez przedstawienia informacji ściśle biograficznych. To jednak nie suche fakty, bezuczuciowe daty. Autorka w niezwykle ciekawy sposób opowiada o historii rodziny Twardowskich, zamieszcza zdjęcia, ciekawe cytaty z przeróżnych źródeł. Wiedzieliście na przykład , że "....Według sprawozdań Stacji Centralnej Meteorologicznej przy Muzeum Przemysłu i Rolnictwa 1 czerwca 1915 roku w Warszawie był pochmurny, temperatura wynosiła niecałe dziewięć stopni Celsjusza."?
Wtedy właśnie urodził się  Janek Twardowski.

Jeżeli miałabym wskazywać na minusy to na początku zniechęcały mnie wstawki rodem z dobrego kryminału - urywki tajemniczych rozmów, niedopowiedziane zdania. Nie jestem miłośniczką tanich sensacji. Jednak Autorka zapewne konstruując tak książkę chciała zwrócić uwagę na trudności w jej powstawaniu - piętrzące się problemy, niedomówienia, tajemnice. Chciała uwiarygodnić swoją pracę. Jeżeli było tak jak myślę - rozumiem.

Kiedy teraz siedzę wpatrzona w okładkę, na której jest umieszczone zdjęcie księdza Jana Twardowskiego - starszego człowieka wiem, że nie jest on tylko "księdzem-poetą", ale prawdziwie i na ile to możliwe bliską mi osobą. Stał się dla mnie nie tylko nazwiskiem, stał się człowiekiem.


Wszystkie cytaty pochodzą z książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego" , wydawnictwo Znak, 2011 rok.

poniedziałek, 3 października 2011

"Każdy zrobił, co trzeba"






















Ciekawy. Intrygujący. Przewrotny.
Tak można za pomocą kilku przymiotników określić tytuł zbioru reportaży - "Każdy zrobił, co trzeba". W skład książki wchodzi piętnaście utworów napisanych przez sześć reportażystek - Bożenę Aksamit, Katarzynę Kokowską, Ewę Orczykowską, Oliwię Piotrowską, Ewę Wołkanowską i Honoratę Zapaśnik. Każdy z reportaży jest inny, gdyż każda z naszych autorek zachowała swoistą oryginalność stylową i tematyczną. Zwłaszcza tematyczną.

Poruszane bowiem są różnorakie problemy. Sam zbiorek zaczyna się pięknym, zapadającym w pamięć reportażem o rodzinie amiszów zamieszkujących Mazowsze, żyjących zgodnie ze swoimi wierzeniami - z dala od współczesnej cywilizacji, z dala od rodziny. Prosty i sugestywny w swej wymowie, zdecydowanie zasługuję na zauważenie i docenienie.
Później poznajemy innych bohaterów - poetę pracującego w piekarni, samotną siedemdziesięciolatkę opowiadającą o swoim życiu, ofiary manipulacji i zastraszania, miłośników folkloru ludowego, ofiary policyjnych pobić i wielu innych. Słowem - niezwykle szeroki zakres społeczeństwa. Autorki zajęły się tymi, których bardzo często spycha się na margines, nie zauważa, zapomina. Piszą po prostu, zwyczajnie, ale z sercem, pasją, zainteresowaniem. To cenię.

Ja czytałam ze spokojem, uwagą, nieśpiesznie. Dzięki temu mogłam poznać każdego z bohaterów, próbować zanalizować jego sytuację, porównać do mnie i mojego życia. 
Nie napiszę, że historie przedstawione przez reportażystki zmieniły mój światopogląd. Nie, ale ukazały dyskretnie niektóre nieznane problemy, a inne znów przedstawiły z innego punktu widzenia.
A na koniec drobna refleksja nad tytułem, na który już zwróciłam uwagę na początku recenzji. "Każdy zrobił, co trzeba". Cóż to znaczy? Czy to co trzeba było zrobił policjant- bokser albo żona bijąca męża? A może każdy zrobił, co trzeba, bo opowiedział o swoim problemie, podzielił się swoją opowieścią?

Jedno jest pewne - dziękuję autorkom za odważnie tematycznie utwory, napisane tak, że czytało się z prawdziwą przyjemnością mimo niejednokrotnie ciężkich tematów. Do reportaży, jako gatunku na pewno nie jednokrotnie wrócę i to właśnie takich - opowiadających o współczesnych czasach, które tworzymy sami.



czwartek, 15 września 2011

"Sekretne życie motyli" Joanna Onoszko






















Nie jest prosto odchodzić, zostawiając za sobą wszystko co drogie, choćby tylko na chwilę. Ale jeszcze trudniej jest wracać. Wracać do tego co się kocha - z odrobiną poczucia winy, z niepewnością, ale również z przepełniającą serca nadzieją i siłami, by postało coś nowego. Nowy początek.


Tak właśnie się czuję, gdy publikuję pierwszą recenzję po półtoramiesięcznej przerwie w pisaniu, a przede wszystkim w czytaniu. Czytanie, które było moim drugim życiem spadło z piedestału, gdy zajął je ktoś inny. Ale nie zapomniałam o nim, potrzebowałam tylko przerwy i odpoczynku, aby powrócić z nowymi siłami, pomysłami, z nowymi lekturami.
W tym powrocie towarzyszyła mi książka, która zainteresowała mnie swoim niezwykłym tytułem - "Sekretne życie motyli". Zadawałam sobie tysiące pytań - kim są "motyle"? jak wygląda ich sekretne życie?  czy chcę je poznać?
Chciałam. Bardzo.

Przygoda. Któż nie zna nęcącego jej wołania? Każdy z nas pragnie życia ciekawego, pełnego  przygód, szalonego i zwycięskiego. O tym także marzy Nora - jedna z bohaterek powieści, która razem z mężem- Alkiem i dwójką swoich przyjaciół - Stefanem i Lizą wybiera się w podróż do odległej Grenlandii, by pomóc w nagraniu filmu dokumentalnego o życiu motyli - podróżników, zdobywców nieznanych szczytów. Jednak ta wyprawa okazuje się tłem o ukazania prawdziwych emocji i uczuć, które kryją się w każdym człowieku.

Autorka książki - Joanna Onoszko, w swoim debiucie literackim porusza tematy trudne, których się nie spodziewałam. Pisze o ambicji, egoizmie, uczuciach. Ale w gruncie rzeczy o ludzkich charakterach i wzajemnych relacjach. O tym, jak każdy z nas wpływa na drugiego człowieka dając, albo odbierając tak wiele. To nie jest prosta opowieść bez morału, autorka postawiła poprzeczkę wysoko mierząc się z takim tematem i już za to należą jej się brawa. Nie przeczę, że powieść ma błędy i niedociągnięcia, bo występują i czasami delikatnie irytują - chociażby to jednostronne przedstawienie jednego z bohaterów, ale ja będę na zawsze pamiętać o "Sekretnym życiu motyli", jako o książce, która towarzyszyła mi w powrocie - pomogła, a nie zniechęciła. Nie chciałabym stawać po niczyjej stronie konfliktów, które narodziły się wraz z postaniem tej powieści. Bo dla mnie ona niosła inne przesłanie, stare jak świat i nadal aktualne - o tym, że stajemy się takimi, jakimi chcemy się stać...

---
 Tak, wróciłam już na dobre :) .

poniedziałek, 25 lipca 2011

Pożegnania nadszedł czas... czyli co zwiastuje stosik wakacyjny.

Witam Was serdecznie!:)

Dzisiaj kolejna odsłona notki nie całkiem, ale jednak prywatnej. Już tak wiele czasu minęło od ostatniej takiej odskoczni od recenzji, że doprawdy nie wiem, od czego mam zacząć.
Proponuję jednak na początku załatwić kwestie informacyjne. Otóż, już pojutrze rozpoczynają się w pełni moje wakacje, gdyż wylatuję na całe 2 tygodnie do Turcji.
W jakże ścisłym związku z tym prezentuję Wam stosik książek, które zabieram ze sobą. Nie przeczę - zmieścić to jest trudno, ale dam radę ;)


















1."Każdy zrobił, co trzeba" - czekająca na mnie, od pewnego czasu zwróci uwagę na ważne sprawy. Po prostu lubię reportaże, więc nastawiam się na dobrą lekturę.
2."Primavera" Mary Jane Beaufrand - zaczarowała mnie piękna okładka, mam nadzieję, że treść będzie idealna na wakacje, chociaż do Włoch się nie wybieram.
3."Książę mgły" Carlos Ruiz Zafón - prezentowałam już raz tą książkę, jako prezent od koleżanek. Szansa dla Zafóna numer dwa.
4."Bezsenność w Tokio" Marcin Bruczkowski - tyle pozytywnych opinii! Już się nie mogę doczekać.
5."Straż" Marianne Curley - a to jest wielka niewiadoma, zobaczymy czym się okaże.
6."Zwiastun burzy" Bernard Cornwell - ostatnio Cornwell troszkę mnie rozczarował, ale nie mogę sobie odpuścić drugiej części "Wojny Wikingów".

Kolejną sprawą jest ostatnio niezwykle popularna zabawa One Lovely Blog Award, jestem zszokowana, ale i ogromnie szczęśliwa, gdyż otrzymałam nominację od :

Mam nadzieję, że nikogo nie opuściłam.
Dziękuję bardzo, bardzo serdecznie za nominację! Jest to dla mnie oznaka tego, że moje starania nad recenzjami nie idą na marne. To także zachęta do dalszej pracy nad sobą, swoim stylem. Dziękuję jeszcze raz Wam wszystkim i każdemu z osobna!
W zabawię udziału nie wezmę, gdyż o swoich tajemnicach pisałam, a wytypowanie 16 blogów to dla mnie rzecz niemożliwa.

I jeszcze:

Ostatnio skończyłam "Dawida Copperfielda" i zabrałam się za oglądanie ekranizacji. Wersja literacka - serdecznie zachęcam wszystkich. Dickens ma u mnie dużego plusa.
Recenzja raczej się nie pojawi, bo nie zdążę, ale apeluję - czytajmy klasykę!

I to by było na tyle :)
Do zobaczenia!


 

czwartek, 21 lipca 2011

"Bohaterowie >>Kamieni na szaniec<< w świetle dokumentów" opracowanie Tomasz Strzembosz






















"Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym prawu Szarych Szeregów. Ślubuję na Twoje ręce pełnić służbę w Szarych Szeregach, tajemnic służbowych dochować, do rozkazów służbowych się stosować, nie cofnąć się przed ofiarą życia"


Tekst ślubowania Szarych Szeregów
zatwierdzony w rozkazie Naczelnika z 13 IV 1944 r.


O takich książkach trzeba pisać, bo inaczej zostają niezauważone; znikają z księgarni, zaczynają pokrywać się cienką warstwą kurzu, a potem są spychane coraz dalej, dalej... aż w końcu się o nich zapomina. Nie mają bowiem pięknej okładki, pochłaniającej treści, ani odpowiedniej reklamy. Zawierają jednak coś innego - ogromną wartość moralną.
Dzisiaj chciałabym napisać kilka słów o jednej z takich książek "Bohaterach >>Kamieni na szaniec<< w świetle dokumentów"  , która towarzyszyła mi przez ostatnie tygodnie i znów wprowadziła mnie w niezwykły świat tamtych ludzi, tamtych czasów.

Na początku powinnam wspomnieć o samych "Kamieniach na szaniec" autorstwa Aleksandra Kamińskiego. Książka - legenda, o trzech wielkich postaciach - Zośce, Rudym i Alku. Któż z nas nie zna ich historii! Opowieść jedyna w swoim rodzaju, niezwykła, zawierająca ogromną siłę głównych bohaterów.
Jak jednak powstali "Bohaterowie..."? Opowiada nam o tym sam autor opracowania - Tomasz Strzembosz, mąż siostry Alka Dawidowskiego - Marii "Maryli" Dawidowskiej :

"Nasza przygoda zdarzyła się dość dawno, bo w roku 1971. Oto, pewnego dnia do (...) Maryli Dawidowskiej (...) zadzwoniła jej starsza koleżanka z okupacyjnej Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa (...)  Maria Minczewska, wówczas naczelna pielęgniarka Wojska Polskiego, z którą Maryla nie widziała się od bardzo dawna. Maria Minczewska zapowiedziała Maryli odwiedziny  oficerów pionu polityczno- wychowawczego WP, nie dając żadnych dalszych wyjaśnień. W niedługi czas po tym telefonie do szkoły pielęgniarskiej, w której Maryla pracowała, przybyło dwóch oficerów, przynosząc w teczce sporą kopertę z garścią nieco podniszczonych i pożółkłych papierów. Jakież było zaskoczenie, gdy okazało się, że są do "papiery z komina".

"Papiery z komina" to lisy, zapiski, dokumenty, prasa konspiracyjna zachowana mimo, rozbicia przez gestapo rodzinnego domu Dawidowskich. Maryla wyjeżdżając z Warszawy na początku lipca '44 roku :

"...Weszła przez okno na dach czteropiętrowego domu Szkoły, odszukała w jednym z kominów obluzowaną cegłę, wyjęła ją i poszerzywszy otwór wetknęła do niego owinięty w papier pakiecik, zasłaniając go z powrotem brakującą cegłą.."

Dzięki tej prowizorycznej skrytce ocalały bezcenne pamiątki po naszych drogich bohaterach z "Kamieni na szaniec" -dokładnie tak, gdyż , cytowane są tutaj tylko listy, notatki i inne dokumenty osób występujących w znanej książce Kamińskiego: "ale nie "najważniejszych",  lecz dokładnie wszystkich, niezależnie od tego czy Autor poświęcił im całe strony, czy tylko odnotował gdzieś samo ich istnienie." . Dlatego występują tutaj listy osób, które niektórym z "Kamieniami" się nie kojarzą, a ja powitałam ich jako dobrych znajomych , m. in. "Czarnego Jasia" Wuttke , jego brata - "Małego Tadzia",  "Maćka" Bittnera, "Felka" Pendelskiego . Mogłam ich lepiej poznać w "Zośce i Parasolu", a teraz dzięki pracy pana Strzembosza stali mi się jeszcze bliżsi.
Cóż pisać, gdy kłębią mi się w głowie takie ilości myśli dotyczące moich rówieśników, wielkich bohaterów, ale jednak takich zwyczajnych. Mamy tutaj piękne bajki Andrzeja Machólskiego "Małego Jędrka" pisane dla sympatii Danuty Zdonowiczówny "Danki",
notatki Alka Dawidowskiego, wspomnienia "Zośki" zatytułowane : " Kamienie przez Boga rzucane na szaniec", które pisał w roku 1943, jako swoista pomoc na wyjście ze stanu depresji, który go ogarnął po śmierci najbliższych przyjaciół. Są tutaj także przesycone uczuciami listy "Maćka" Bittnera, czy troszkę pół-żartem, pół-serio pisana korespondencja Alka Dawidowskiego do "Baśki" Sapińskiej. Tyle wspomnień, tyle przeżyć!
Ja je "smakowałam", czytałam po trochu, zastanawiałam się. I już wiem, że będę do nich wielokrotnie wracać, bo wielka siła znajduje się w tym zbiorku. Moc zmieniania siebie...

I jeszcze na koniec słówko o filmie, o którym słyszały jednostki, bo jakżeby inaczej. Mowa o " Oni szli Szarymi Szeregami" fabularyzowanym dokumencie opowiadającym oczywiście o Szarych Szeregach, z szczególnym uwzględnieniem najbardziej znanych postaci.
Niestety, nie miałam możliwości jak dotąd obejrzenia filmu i zostaje mi tylko podziwiać zwiastun, który można zobaczyć tutaj .  


Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Bohaterowie >>Kamieni na szaniec<< w świetle dokumentów" opracowanie Tomasz Strzembosz. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007 .

poniedziałek, 18 lipca 2011

"Podmorska wyspa" Isabel Allende






















Magia.

Zawsze z dużą trudnością przychodzi mi pisać o książkach w jakiś sposób niezwykłych. Czuję się wtedy źle, gdyż wiem, że nie będę umiała przekazać wszystkich moich uczuć, napisać wystarczająco, na ile zasługuje przeczytana książka. Teraz czuję coś podobnego - kłębią się we mnie przeróżne uczucia, a ich forma jest daleka do uporządkowanej.
Jednak... czy to właśnie nie wpisuje się w rytm opowieści, gdzie muzyka bębnów i ognisty taniec jest jej częścią? Mój jest taniec rozbudzonych myśli.

Już dawno chciałam sięgnąć po powieść chilijskiej pisarki Isabel Allende, szczególnie interesował mnie debiutancki utwór -"Dom duchów. Los zdecydował, że zaczęłam jednak od końca, od najnowszej powieści wydanej pięknie w zielenie i błękity, które to połączenie nazywam kolorem morskim. Najodpowiedniejszym dla "Podmorskiej wyspy"

Spróbuj, drogi czytelniku pomyśleć o Nowym Świecie. Kiedy ja to czynię, stają mi przed oczyma poszukiwacze przygód, naukowcy, kilometry nieznanych ziem, które czekają na odkrycie. Jednym słowem - niezwykłość i tajemnica.
Rzeczywistość jednak daleka była od mojej lukratywnej wizji. Nowy Świat to piękne określenie miejsca, w którym kiełkowały wielkie pokłady nienawiści i rasizmu.
Kiedy brałam do ręki  książkę zadałam sobie pytanie : "Czy na pewno chciałabym się tam przenieść? Co chce mi pokazać Isabel Allende?"
Wtedy właśnie autorka zaczęła czarować.

Poznajcie dziewięcioletnią Zarité, zwaną Tété - murzyńską niewolnice, która zostaje kupiona przez sławną kurtyzanę Violette, jako służącą dla żony jednego z jej byłych kochanków - Valmoraina, bogatego plantatora trzciny cukrowej. Zapamiętajcie to nazwisko, odtąd bowiem, będzie on panem małej Tété, a z nią - naszym.
Opowieść Zarité, którą snuje przez wiele, wiele lat swojego życia to historia niewolnictwa - przejmująca i dramatyczna, opisana oczami kobiety, z którą się uosabiamy. Jej życie - pełne bólu i niesprawiedliwości było tak podobnym do życia setki tysięcy "mówiących narzędzi" i to tych "uprzywilejowanych", bo służących w domu. To opowieść o pragnieniu wolności, dramatycznych wyborach, nieznanej przyszłości. Ale również, a może przede wszystkim, o miłości. Uczuciu łączącym matkę i dzieci, mężczyznę i kobietę.

"Podmorska wyspa" to jedna z tych książek, które zawierają w sobie cząstkę czasów, o których opowiadają. Naprawdę. Czytając, wszystko wydaje się takie rzeczywiste, wręcz namacalne - ciągnąca się kilometrami plantacja trzciny, zapach murzyńskiej wioski, pożar miasta Le  Cap. Tak autentycznie opisane są stany szaleństwa, zaślepienia, uczucia: nienawiści, trwogi, bólu . Wszystko idealnie ze sobą współpracuje - dialogi, z monologami, dłuższe opisy z chwilami, gdy akcja momentalnie przyśpiesza.  Również styl pisarki, bogaty w wyrazy charakterystyczne dla tamtego miejsca i czasów (wyjaśnione za pomocą słowniczka na końcu książki) dał niezwykły efekt.

Dla wszystkich szukających dobrej literatury, odciągnięcia się na chwile od spraw bieżących, tak silnie absorbujących - będzie to idealny wybór.
Pozwólcie dać się porwać opowieści Zarié, dołączyć do niezwykłego tańca wolności, który trwa po dziś dzień.

środa, 13 lipca 2011

Lena Najdecka "Rodzina Wenclów: Wspólnik"























Lubię sięgać po debiuty literackie. Oczywiście, sięgając po nie, należy to robić z dużą dozą sceptycyzmu. Staram się również nie oczekiwać zbyt wiele, by wierutnie się nie rozczarować.

Z takim również przekonaniem wzięłam do ręki powieść pani Leny Najdeckiej pod tytułem: "Rodzina Wenclów: Wspólnik"  i stwierdzam - to się czuje. Wyraźnie czuję samorodny talent portretowania społeczeństwa, umiejętnego obserwowania ludzkich charakterów.
To zawsze jest w cenie.

Autorka wybrała sobie ciekawą i jakże różnorodną grupę społeczną do sportretowania - klasę średnią. Temat - rzeka , bo o zachowaniach pracowników międzynarodowych korporacji ( i nie tylko) można by spisać nie jedną książkę. To, w jaki sposób pisarka przedstawia nam "dorobkiewiczów", bo takim oto przymiotnikiem należy określić wykreowane przez nią postacie - osoby, którym mówiąc gwarowo "słoma z butów wystaje" zasługuje na uwagę.
To swobodne, aczkolwiek nie podane wprost wyśmiewanie przywar owej klasy. Intrygująca satyra na współczesną sytuację w Polsce.

Gdybym miała zaczynać streszczać powieść musiałabym podjąć się trudnego zadania. Wątki poszczególnych postaci cały czas się mieszają. Trudno wyznaczyć jedną "oś główną" książki, tak jak głównego bohatera. Bardziej bym się skłaniała do wersji, że głównym bohaterem jest bohater zbiorowy, a nim cała rodzina Wenclów. Przykład dorobienia się z uwłaszczenia nomenklatury w latach 90., co oznacza duże pieniądze, a z nimi - uważanie się za nową inteligencję społeczeństwa, które ewaluuje. Pani Najdecka świetnie pokazała drugą stronę owej "inteligencji" - małostkowość, chytrość i  niezaspokojoną żądzę pieniądza.
Każdego z bohaterów, wchodzących w skład tytułowej rodziny można by charakteryzować godzinami, tak znane nam są podobne "typy" z rzeczywistości. Mamy tutaj biznesmena - Ojca, prostaka jakich mało, ale mającego wielkie aspiracje światowe. Jego żona- Elżbieta Wencel udaje arystokratkę, a trójka dorosłych dzieci- Paweł , znany i poważany adwokat, chociaż gbur, , Mateusz- światowiec, aczkolwiek z dużą dozą samozachowawczej ironii i najsłabiej sportretowany Piotr - idealista zostaje wychowana w duchu nowobogackiego trendu.
Każdy z własnymi problemami rodzinnymi, ale nie tylko. Jak trudne jest im odkryć to, czego czytelnik domyśla się od pierwszych stron - że problemy wypływają od nich samych, z ich charakterów.

Akcja powieści jest umiarkowanie szybka i chociaż nie zaskakują nas żadne gwałtowne zwroty akcji, w jakiś sposób wciąga. Trudno było mi się oderwać od "Rodziny Wenclów", chociaż tak wiele denerwowało mnie w charakterach bohaterów! To dla mnie była również interesująca podróż w centrum życia współczesnych "światowców". O wielu rzeczach nie miałam pojęcia, a autorka pisze, tak jakby dużą część podobnych sytuacji przeżyła - ze znawstwem.
Wszystkie słabostki naszych bohaterów zostały przez pisarkę wyciągnięte na powierzchnię i odpowiednio, ale taktownie, wręcz niezauważalnie skomentowane. Spodobało mi się to.

Chciałabym, więc z czystym sercem polecić debiut literacki pani Leny Najdeckiej. Będzie to idealna lektura na dwa-trzy wieczory. Nie chciałabym wróżyć niczego debiutującej autorce, nie takie jest przecież moje zadanie, ale mogę zdradzić, że zapowiada się interesująco. Oby tak dalej.